I
Wydała z siebie ciche, niemal bezgłośne westchnienie. Tydzień bez koszmarów był, co prawda, zbawieniem, ale fakt powrotu koszmarów i to niekoniecznie związanych z bitwą, łamały jej serce. Nie pokazywała tego. To była drobnostka. Przyzwyczaiła się do tego uczucia. Przeżyła półtora roku ze złamanym sercem. Była na to odporna.
Wtedy Arno i Élise na nią spojrzeli.
Nie musieli okazywać sobie czułości, by czuła się jak pusta skorupa, gdy na nich patrzyła. Znali się jeszcze dłużej niż ona i Arno. Pasowali do siebie jak dwa elementy układanki. Nie mogliby być oddzielnie. Ona przeszkadzała im na drodze do szczęścia. Przeszkadzała przeznaczeniu. Zrozumiała to dopiero, gdy zobaczyła ich w tej jednoznacznej sytuacji.
Uśmiechnęła się w ich stronę, po czym odwróciła wzrok na Alice i Jeana, który obejmował ją ramieniem. W ich stronę również się uśmiechnęła, po czym wstała i weszła po schodach na piętro, gdzie zamknęła się w pokoju i usiadła na skraju łóżka. Zakryła twarz dłońmi, garbiąc się i opierając łokcie na kolanach. Wstrząsnął nią szloch. Poczuła dłonie na swoich kolanach. Rozsunęła palce i spojrzała w fiołkowe oczy Loriana pełne współczucia i zrozumienia. Chwycił jedną z jej dłoni. Złożył na jej kłykciach czuły, długi pocałunek.
— Wszystko będzie dobrze — wymamrotał w jej dłoń.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? — spytała cicho, choć wciąż uważała, że odrobinę zbyt głośno. Nikogo oprócz niej i Loriana nie było w sypialni. Drzwi były zamknięte. A wciąż bała się, że ktoś ich usłyszy. — To, że ja wciąż nie potrafię zbudować z kimś związku. Nie potrafię powiedzieć „kocham cię” w taki sposób, w jaki mówiłam do niego. Nie jestem z nim, a wciąż czuję, że jeżeli będę z kimś w związku, to go zranię. Nie będę wierna.
Po jej twarzy spłynęły łzy, które starła dłonią. Lecz na ich miejscu pojawiły się kolejne, które tym razem starł Lorian. Nie mógł patrzeć na jej cierpienie. Nigdy nie mógł. W jego mniemaniu kobieta nie miała prawa cierpieć. Kobieta miała żyć jak królowa, bez zmartwień, z uśmiechem na ustach, bez okazji, by nawet pomyśleć o tym, że mogłaby cierpieć.
— Przytulisz mnie? — spytała, decydując się przerwać nagłą ciszę, która zapanowała między nimi.
— Oczywiście — rzekł, uśmiechnąwszy się.
Usiadł obok niej i już chciał ją objąć, gdy ona usiadła mu na kolanach i zarzuciła mu ręce na szyję, wtulając się w niego. Jego uszy zapłonęły czerwienią, zaczęły drżeć. Lecz owinął ramiona wokół niej.
Nora, jego siostra, również tak robiła. Kiedy chciała się do niego przytulić, siadała mu na kolanach i zarzuciwszy mu ręce na szyję, wtulała się w jego tors. Tylko że w przeciwieństwie do Nory, Alex miała dwadzieścia jeden lat i była od niego starsza. I choć wiedział, że był to nic nieznaczący gest, to bardzo trudno było mu się nie rumienić.
Zaczął ją głaskać delikatnie po plecach. Wiedział, że ją to uspokajało. Dowiedział się podczas pamiętnej nocy z wilkołakami. I postanowił tę wiedzę wykorzystać w tym przypadku.
— Czy mógłbyś mi zaśpiewać po celtycku? — zapytała cicho.
— Dlaczego? Przecież nie rozumiesz wtedy, co mówię.
— To, że nie potrafię wymówić niektórych słów, to nie znaczy, że nie rozumiem, co śpiewasz — mruknęła.
Westchnął, a po chwili na jego usta wkradła się celtycka piosenka, której Alex jeszcze nie słyszała. O spokojnym rytmie i melancholijnym brzmieniu. Jego dłoń wciąż delikatnie błądziła po jej plecach, aż stanęła w miejscu, a palce zaczęły wystukiwać rytm o materiał jej sukni. Kołysał się z nią powoli, jakby próbował ją uśpić.
Przymknęła oczy, jej ręce puściły jego szyję i objęły go pod pachami, wokół pleców. Przeszły ją ciarki, gdy poczuła, jak jego palce zaczynając wystukiwać rytm w okolicach jej kręgosłupa. Kiedy poczuła kołysanie, zaczęła się poddawać. Wszystko, wraz z ciepłem jego ciała, zaczęło sprawiać, że zaczęła przysypiać. Próbowała otwierać oczy, lecz te szybko się zamykały. Cóż, mogła sobie pozwolić. Dziś nie spała za wiele, może jeżeli się chwilę zdrzemnie, to i humor jej się poprawi. Może lepiej się poczuje… Może…
II
Od trzech godzin liczyła, co ile Lorian przychodzi do sypialni, by sprawdzić, czy się obudziła, czy może jeszcze śpi. Do tej pory przyszedł trzy razy, o stałej częstotliwości.
Drzwi otworzyły się, światło z korytarza rozjaśniło odrobinę pokój, a gwar z parteru był jeszcze bardziej słyszalny, niż przy zamkniętych drzwiach. Znów przyszedł, sprawdził, czy śpi i wyszedł. Odczekała kilka minut, aby być pewną, że zszedł do kawiarni, a potem podeszła do lustra wiszącego nad komodą. Spojrzała na siebie, chwyciła komodę. Wpatrywała się w swoje odbicie z niebywałą intensywnością. Jej ciało zaczął przeszywać dyskomfort przypominający wbijanie igieł pod skórę. To było mało, ot, zwykłe, nieprzyjemne doświadczenie, które nie przynosiło jej satysfakcji. Pomyślała o czymś innym, a jej dłoń zaczęła delikatnie błyszczeć złotem. Kolejnym doświadczeniem były odłamki szkła wbijające się w jej dłonie i stopy. Nie było to przyjemne, bardziej niekomfortowe niż igły. Zacisnęła dłoń na komodzie. „Więcej… więcej…”, huczało jej w głowie. Przesunęła suwak bólu odrobinę w górę. Syknęła, czując miliony ostrzy w jej ciele. Nogi się pod nią ugięły „Nie przestawaj, nie przestawaj”. Miliardy kul, musiała podtrzymać się drugą ręką. Ciężko dyszała. Wydała z siebie cichy jęk, kiedy jej skóra zaczęła palić bólem. „No dalej…”, syknęła w myślach.
Upadła na kolana, trzęsła się, gdy zwiększyła próg bólu. W jej myślach pojawił się Arno, Élise, wiosna półtora roku temu. Zawód, złość. Długie godziny, które spędzała na wściekłych wrzaskach i płaczu. Zacisnęła powieki, po jej policzkach ciekły łzy, kiedy chwyciła się za brzuch. Ból rósł z każdą mijającą minutą. Skuliła się na podłodze, zawodząc. Patrzyła na ścianę, zwijając się z bólu. Ale nie przestała, dążyła do stanu, gdzie nie mogła się nawet ruszyć, stanu, w którym czuła się wycieńczona, w którym mdlała, w którym jej próg bólu był przekroczony wielokrotnie.
Gwar z dołu skutecznie zagłuszał jej krzyki, kiedy kolejna dawka przeszywającego jej ciało bólu przeszła przez nią. Miała mroczki przed oczami, jej łzy płynęły strumieniami. Było blisko. Tak cholernie blisko.
Tak blisko…
Tak… blisko…
III
Lorian spoglądał na zegarek co kilka minut, słuchając przelotnie koncertu i głośnych rozmów ludzi. Błądził wzrokiem od sceny, do zegarka i z powrotem.
W końcu wstał i zaczął zmierzać w kierunku schodów. Chciał wchodzić na piętro, gdy zatrzymał go Arno, który powiedział, żeby odetchnął i to on pójdzie sprawdzić, czy Alex się obudziła. Kiwnął głową i usiadł przy stoliku, zaś Arno powoli wszedł po schodach, zmierzając do jej sypialni. Kiedy otworzył drzwi, pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to puste łóżko. Zmarszczył brwi i wszedł do środka. A wtedy zobaczył Alex, leżącą na ziemi, skuloną, nieprzytomną.
Podbiegł do niej. Położył ją na plecach.
— Alex — szepnął, potrząsając delikatnie jej ramionami. — Alex, obudź się.
Nie reagowała. Obejrzał ją, w poszukiwaniu jakichkolwiek obrażeń. Wziął ją na ręce i położył ostrożnie na łóżku. Przykrył ją pierzyną i zbiegł po Alice. Kiedy pociągnął ją za rękę, krzyknęła na niego, by ją puścił. Lecz kiedy zauważyła, że ciągnie ją do pokoju Alex, zrozumiała, że musiało coś się stać.
Podeszła do jej łóżka i spojrzała na Arna z uniesioną brwią.
— Znalazłem ją leżącą na podłodze — oznajmił, a Alice przyłożyła dłoń do jej czoła. — Nie wiem, co się stało, ale…
— Ma na sobie zaklęcie — mruknęła, mierząc jej ciało wzrokiem. — Odsuń się — nakazała mu.
Odsunął się, z jej ust usłyszał frazy po celtycku, łacinie i innych językach, których nie znał. Ręce Alice zabłysnęły, kiedy uniosła je nad nią.
Zdejmowanie zaklęcia trwało. Arno zerkał na zegar na przeciwległej ścianie co jakiś czas i kiedy zobaczył, że dochodzi północ, zastanawiał się, ile to jeszcze będzie trwało. Alice, wzdychając, stawała z nogi na nogę. W końcu zaczęło coś się dziać. Na jej całym ciele widniały siniaki, rany, ukłucia, dziury jakby od kul, poparzenia. I ogromna blizna na jej dekolcie.
— O kurwa — przeklęła, opuszczając ręce. — Jest gorzej, niż myślałam.
Arno Podszedł do łóżka i spojrzał z przerażeniem na stan dziewczyny.
— Kto mógł jej to zrobić? — szepnął, kładąc dłoń na jej policzku.
— Ona sama sobie to zrobiła. — Zamknęła oczy, powstrzymują płacz. — Już raz to zrobiła. Znalazłam ją w identycznym stanie w kryjówce.
Jej dłonie znów zaświeciły, wypowiedziała zaklęcie, wszystkie niedoskonałości ze skóry rudowłosej zniknęły. Arno usiadł na stołku przy jej łóżku i chwycił jej dłoń.
— Zajmę się nią — mruknął, wpatrując się w jej spokojną twarz.
Alice kiwnęła głową ze zrozumieniem i wyszła, zamykając drzwi.
Ucałował jej dłoń, zamknął oczy i zapłakał gorzko na świeże wspomnienie jej ciała pełnego ran wszelkiego rodzaju. Jak mogła sobie sama zrobić ich aż tyle i tak zróżnicowane?
Bał się, bał się, że to było przez niego. Rozmawiał dziś z Élise, kątem oka widział jej wyraz twarzy. Znów łamał jej serce, ranił ją, nie potrafiąc spojrzeć jej w oczy i powiedzieć „przepraszam”. Wszystko by teraz oddał, by się obudziła, uśmiechnęła. Żeby zobaczyła, że mu na niej zależy, że ślęczy przy niej, czekając, aż się obudzi. Że czeka na nią. Zrobiłby wszystko, gdyby chciała, zniósłby jej gwiazdkę z nieba. A nie potrafił jej przeprosić, patrząc jej w oczy. Nie potrafił zrobić rzeczy tak prostej, która wymagała jedynie zrozumienia, skruchy. Bał się, że powie, że mógł ją przeprosić przed tym wszystkim. Mógł nie mówić tych wszystkich kłamstw, skoro ona i tak wiedziała, że mówi nieprawdę. Mógł nie robić z niej idiotki. Bo nią nie była. Był najmądrzejszą i najinteligentniejszą kobietą, jaką znał. A i tak starał się jej wmówić, że było inaczej. Że tylko jej się wydawało.
Spod jego powiek wydostało się kilka łez. Wziął chwiejny oddech i westchnął, zacieśniając uścisk na jej dłoni, na której zaraz złożył kolejny pocałunek.
— Je suis désolé, mon amour* — wymamrotał. — Je t'aime tellement*.
Je suis désolé, mon amour — (fran.) „Przepraszam, kochanie”.
Je t'aime tellement — (fran.) „Tak bardzo cię kocham”.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuń