I
Dzień był niezwykle pogodny, więc grzechem byłoby go nie spędzić w Saint-Denis, blisko siedziby Loży Czarodziejek, wśród niewielkich jeziorek, dających cień, owocowych drzewek czy bajecznych polach irysów. Wiosna w Saint-Denis, a zwłaszcza w okolicach siedziby, gdzie roślinami opiekowały się specjalnie wyszkolone do tego czarodziejki, była obłędna.
Uliczkami wiosennego Paryża szły czarodziejki. Było ich cztery. Philippa Odette, zwana Lilią. Jej przydomek wziął się od jej perfum, które pachniały liliami już z kilku metrów. Drugą była Alice Liddell, piękna czarodziejka o włosach w kolorze hebanu, a oczach tak intensywnie zielonych, że w ciemności można było je pomylić z kocimi. Trzecią była Ines Sorein, czarodziejka o nieznanym nikomu pochodzeniu. Mówiono, że przybyła ze wschodu pod osłoną nocy, jednak imię miała hiszpańskie, a nazwisko w języku ściśle nieokreślonym. Czwartą zaś Aleksandra Larch, zwana Alex, znana z jej miłości do czerwieni. Pół-Polka i pół-Angielka, której matka należała niegdyś do Polskiej Loży Czarodziejek i była jej Najwyższą Radną.
Cała czwórka weszła do tętniącej życiem Café-Théâtre. Pomieszczenie było pełne i gwarne. Ludzie głośno ze sobą rozmawiali albo zamawiali kolejne kawy lub ciasta, by przedłużyć spotkanie z drugą połówką lub przyjaciółmi. Kasztanowowłosa dojrzała madame Gouze, stojącą za ladą i pomachała do niej. Kobieta, zauważając młodą czarodziejkę, uśmiechnęła się i krótko jej pomachała. Dziewczęta weszły na piętro, chichocząc cicho z żartu, którym rzuciła Philippa. Zmierzając do kwatery Polki oraz jej partnera, napotkały Jean-Pierre’a. Był jednym z asasynów oraz jednym z najlepszych przyjaciół najniższej czarodziejki, którą to traktował jak swoją młodszą siostrę. Przyciągnął ją do siebie i szepnął coś do ucha.
To sprawiło, że zamarła na moment, a potem ruszyła przyspieszonym krokiem do kwatery. Chwyciła za klamkę, ale nie przekręciła jej, zawahała się. Słyszała zza drzwi odgłosy swojego partnera i kogoś, kogo uznawała za najlepszą przyjaciółkę. W końcu odważyła się ją przekręcić, przybierając pokerową twarz, bez żadnych emocji i otwierając drzwi. Zobaczyła ich leżących na sobie, niemal nagich. potem podeszła do biurka, biorąc z niego kilka książek w skórzanej oprawie.
— Alex, ja ci wszystko wytłumaczę — mężczyzna odezwał się, wstając i podchodząc do niej. — To nie tak jak myślisz.
Spojrzała niewzruszenie na ubierającą się rudowłosą Francuzkę, a potem znów na Francuza.
— Porozmawiamy wieczorem — powiedziała chłodno.
Odwróciła się na pięcie, rzucając wrogie spojrzenie dawnej już przyjaciółce. Odłożyła na chwilę książki i uniosła dłoń, kierując ją na dziewczynę i zaczynając ściskać w pięść. Dziewczyna złapała się za gardło, czując, jak traci dech i możliwość oddychania. Padła na kolana, a czarodziejka patrzyła na nią niewzruszenie, wciąż powoli ściskając dłoń w pięść. Chwycił jej rękę, a wtedy ta spotkała jego policzek, sprawiając, że rozgrzana od ognia skóra pozostawiła wyraźny, czerwony ślad. Znów wzięła księgi i ze stoickim spokojem wyszła, zamykając ostrożnie drzwi. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
II
Charlotte Gouze niemal nie wypuściła z rąk filiżanki, gdy usłyszała wrzask Alex, która schodziła ze schodów. Ciągnęły się za nią kufry, a za kuframi kłócący się z nią Arno. Donośny, wściekły głos dziewczyny rozchodził się po całej kawiarni, gdy wyzywała swojego byłego partnera, używając najróżniejszych epitetów w tym tych w języku polskim, których pani Gouze nie rozumiała. Oprócz jednego z nich, którego to dziewczyna używała najczęściej, szczególnie gdy coś nie szło po jej myśli.
— Przecież ci mówiłem, że to nie tak jak ci się wydaje.
— Zamknij pysk, Dorian. Nie tak jak mi się wydaje? To co? Może w karty graliście, leżąc na sobie w prawie osiemdziesięciu procentach nago? No po prostu zajebiście! Dalej rób ze mnie skończoną kretynkę, która nie zna się na życiu, proszę bardzo! — wrzeszczała, gestykulując rękami.
— Rzuciła się na mnie!
— A ty, biedaku, nie miałeś siły, by się spod niej wydostać — jej ton głosu zmienił się na niesamowicie troskliwy. — Ale na to, żeby ją przewrócić na dół, a potem pieprzyć palcami już siłę miałeś mam rozumieć?
Jean-Pierre po cichu zszedł i podszedł do siedzącej przy stoliku Charlotte. Wciąż słyszeli wściekłe wyzwiska kierowane w Arna, który nieudolnie starał się tłumaczyć z tej sytuacji.
— Kłócą się tak od godziny — szepnął w jej stronę.
— Wiem. Alex było słychać nawet za nim zeszli tutaj. — Upiła z porcelany mały łyczek herbaty.
— Należy mu się.
Nagle ręce dziewczyny zapłonęły magicznym ogniem, a włosy zmieniły kolor na rudy, któremu bliżej było do czerwieni. Spojrzeli na siebie, a potem podbiegli do pogrążonej w furii dwudziestolatki, która zaczęła rzucać klątwę na asasyna. Przerwali jej w porę, łapiąc ją z ramiona i mówiąc, by się uspokoiła. I faktycznie tak się stało. Wyrwała im się i przysunęła do niego. W jej jadeitowych oczach żarzyły się zawód i pogarda.
— Niech ci się wiedzie. — Otworzyła portal, wciąż patrząc mu w oczy. — Żegnaj, Arno.
— Alex, proszę, zaczekaj.
Próbował złapać ją za rękę, gdy wchodziła w bramę. Nie udało mu się. Nim złapał jej drobną dłoń, ona przeszła przez portal. Spojrzał na Jeana i Charlotte.
— Ona wróci. Powiedzcie, że wróci — mówił, płacząc jak małe dziecko.
— Po tym? Śmiem wątpić — prychnął mężczyzna.
— Nie znam jej jakoś długo — odezwała się kobieta — ale to Alex. W przeciwieństwie do ciebie, ona nie łamie obietnic.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń