poniedziałek, 25 lutego 2019

Orla Zamieć

 I
Od jakiejś godziny próbował przekonać cholernie upartą templariuszkę, że lepiej, by nie towarzyszyła mu podczas koncertu, który miał się odbyć późnym popołudniem w jego kawiarni. W jej obecności podczas tego przedsięwzięcia widział trzy niedogodności. Pierwszym powodem, dlaczego wolał, by nie przychodziła, o którym jej rzecz jasna nie powiedział, było to, że jej po prostu tam nie chciał. Jedyną osobą, którą tam chciał, była Alice, której to kuzynka miała występować. Stwierdził, że po prostu będzie czuł się pewniej, gdy to z nią wejdzie za kulisy i zapyta, czy może widziała lub słyszała coś o Alex. Drugim powodem był fakt, że asasyni nie chcieli, by przebywała w Café-Théâtre, a zarówno Bellec, jak i Jean-Pierre byli gotowi w każdej chwili wysunąć swoje ukryte ostrza, by jej się pozbyć. Nie dziwił się. Dla obu Alex była jedną z najważniejszych osób i nie mogli sobie wyobrazić patrzenia na osobę, która do całej zdrady po części się przyczyniła. Trzecim powodem był fakt, że po prostu nie chciał wojny między nią a Alice, gdzie to magia miała większe szanse na wygraną. W końcu; jaki zwykły człowiek mógłby się z nią równać? W szczególności, że nie raz słyszał, że ludzie i czarodziejki mają do tej konkretnej czarodziejki ogromny respekt. I nie dziwiło go to nawet odrobinę, była uznawana za jedną z najpotężniejszych czarodziejek w całej Francji; czego mógł się spodziewać?
— Ty chyba naprawdę chcesz z nią wojny. Bądź tak łaskawa i raz się mnie posłuchaj, do cholery!
— Tak i nie. I nie posłucham się. Mam z nią do pogadania  — odparła, kładąc dłonie na biodrach i wychodząc z jego pokoju. 
— Élise! — krzyknął, schodząc za nią do kawiarni. 
Przecisnął się między zebranymi w lokalu gośćmi i złapał ją za rękę. Wyrwała się i spojrzała mu w oczy. Westchnął i nagle jego oczom ukazała się Alice, która bardzo romantycznie witała się z Jeanem. Spojrzał z zaskoczeniem, a Élise odwróciła się, by spojrzeć na to, co tak bardzo jej kochanka zaskoczyło. 
— No tego się po was nie spodziewałem — rzekł, a Alice prychnęła cicho, przewracając oczami.
— Lepiej mi powiedz, co ta lafirynda tu robi — odparła, wskazując dłonią na templariuszkę. 
— Właśnie stąd idzie — uśmiechnął się, po czym spojrzał na nią wymownym wzorkiem.
— Absolutnie. Nigdzie się nie wybieram.
Alice podeszła do nieco niższej od siebie dziewczyny, patrząc na nią z wyższością. „Szykuje się wojna. Drugie Montmartre”, pomyślał przerażony tym, że czarnowłosa może ją rozpętać właśnie w tym momencie.
— Raczej wolałabym, aby ktoś taki jak ty trzymał się z daleka od mojego partnera — warknęła. 
„No i pierwszy strzał oddany. One się wymordują”.
Usta rudowłosej otworzyły się, gdy patrzyła na czarodziejkę, swoją dawną przyjaciółkę, z urażeniem. Zmarszczyła brwi, kiedy w jej chabrowych oczach zapaliła się iskra gniewu.
— Wypraszam sobie. Nie jestem dziwką.
— Twoje puszczalstwo, najdroższa Élise, jest pojęciem względnym. — Wyminęła ją i oddaliła się z powagą.
W Élise zaczęło się gotować, a Arno odetchnął z ulgą. „Chwilowy kryzys zażegnany”. Westchnął i poddając się naleganiom Élise, usiadł z nią jak najdalej od Alice i Jeana, by nie wyniknęła z tego dużo większa wojna, podczas której mogliby ucierpieć inni, a nie tylko templariuszka oraz jej duma i ego. 
Na scenę zaczęły po kolei wchodzić osoby występujące. Każdy przedstawiał utwór, trwający około trzech minut. Było wiele skocznych melodii, przy których ludzie wstawali od stołów i tańczyli w parach lub kołach. Nawet dopatrzył się gdzieś Charlotte, która tańczyła z Bellecem do jednej z tawernianych melodii, śmiejąc się i śpiewając.
Przedostatnimi wykonawcami, którzy występowali, był chłopak, którego poznałby wszędzie. Młodszy brat Alex. Była z nim jego narzeczona, przyjaciółka jego narzeczonej oraz trójka jego przyjaciół. Zdziwił się, bo wydawało mu się, że nie pojawi się, zważając na fakt, że jeszcze kilka miesięcy temu niemal nie zabił go własnymi rękami, kiedy dowiedział się, że Alex została przez niego zdradzona. I gdyby nie fakt, że wyznawał zasadę, że kobiety nie można pobić, a na pewno nie zabić, to Élise również mogła być narażona na nieprzyjemności.
Kiedy usłyszał kolejną tawernianą muzykę, tym razem o bardzo słowiańskim brzmieniu, uśmiechnął się. Lubił ten klimat, zawsze wyobrażał sobie, jak bardzo huczne musiały być średniowieczne uczty, czy choćby spotkania w tawernach na terenach słowiańskich, w tym w Polsce. Potem usłyszał ojczysty język całej szóstki i przypomniało mu się, jak Alex go wyzywała, używając w gniewie polskich określeń. Ale nagłe pociągnięcie za jego rękę, wybudziło go z zamyślenia. Élise, Jean i Alice ciągnęli go na środek, chcąc, by zatańczył razem z nimi. „Co słowiańska muzyka robi z ludźmi”, pomyślał, odnosząc się do Alice. Dystyngowana, poważna, najpotężniejsza czarodziejka we Francji, u której ujrzenie uśmiechu na pół twarzy było świętem narodowym, uśmiechała się tak szeroko, jak podczas obecności Alex. Jean i Arno co jakiś świat wymieniali się partnerkami, odbijając je sobie nawzajem. Nagle jakby cała nienawiść między Élise i Alice zniknęła, po prostu bawiły się, śmiejąc się z min mężczyzn, gdy Jean odbijał Élise, a Arno — Alice. 
— Zaraz występuje Elizabeth — powiedziała, będąc w parze z Arnem. 
Nagle została ponownie odbita przez Jean-Pierre’a, co wywołało u niego dziwną frustrację. Nawet nie dał jej skończyć. Westchnął i starał się odczytać to, co Alice miała mu do przekazania. Odbił ją mu szybko i kazał kontynuować.
— Po jej występie idziemy za kulisy. Ja jestem tylko do towarzystwa, to ty będziesz pytał — powiedziała, kiedy okręcił ją wokół osi. 
— Bardzo pomocne.
— To ty chcesz udowodnić, że ją kochasz.
Piosenka zakończyła się. Pary sobie podziękowały i wróciły na swoje miejsca.
— Do zobaczenia za trzy minuty — powiedzieli sobie w tym samym momencie i usiedli ze swoimi drugimi połówkami po przeciwległych stronach kawiarni. 
Na scenę weszła młoda dziewczyna. Zielonooka blondynka o niezwykle uroczej i ładnej twarzyczce. Usiadła na stołku obok przygotowanej wcześniej lutni. Założyła nogę na nogę pod spódnicą jasnoniebieskiej, zwiewnej sukienki przepasanej paskiem w kolorze pudrowego różu i oparła o nie instrument, układając palce na gryfie. Po chwili z instrumentu wydobył się dźwięk, gdy jej palce szarpały delikatnie po kolei struny. A potem usłyszeli jej głos śpiewający pieśń o mężczyźnie, prawdopodobnie żołnierzu, i czarodziejce o rudych lokach splątanych przez wiatr i zielonych oczach. Mokrych od łez. 
W jego pamięci znów pojawił się obraz Alex. Tak wyraźny, jak nigdy wcześniej. A mianowicie jedna scena. Gdy wracał ranny z misji wszelkiego rodzaju. Ona na niego czekała, prawie płacząc ze zdenerwowania, gdyż nie wiedziała, gdzie jej ukochany jest, skoro spóźnił się prawie pięć godzin. Mówił, że będzie o dziesiątej wieczorem. Była trzecia, a ona z płaczem, wędrowała po całej sypialni, bojąc się, czy coś nie poszło po jego myśli. Zawsze kiedy go widziała żywego, choć niekoniecznie nierannego, rozchmurzała się. Pomagała mu się rozebrać z zakrwawionych szat, leczyła wszystkie rany, nawet te, które później mogłyby się okazać śmiertelnymi. Miał wiele blizn z okaleczeń, które leczyła ona. Zawsze tak delikatna, jakby miała złożyć porcelanową figurkę. 
Wybudził się z transu i powiódł wzrokiem po sali. Wśród gości panowała grobowa cisza. Po twarzach kobiet płynęły łzy, które zakrywały materiałowymi chusteczkami w jasnych kolorach. Pociągały nosami, cicho chlipały, przytulając się do ramion swoich partnerów, narzeczonych, mężów i słuchając ballady o pięknej miłości między dwójką ludzi ze, zdawałoby się, dwóch różnych stron barykady. W końcu przez wiele lat nienawidzono czarodziejek. Ludzie nimi gardzili. Choć ich miłość taka piękna nie była. Ballada nie pokazała tej drugiej strony medalu zrobionej z wiecznych kłamstw, zdrady i rozstania. 
Muzyka ucichła. Goście byli w szoku. Przez chwilę stali z tchem zapartym w piersiach, aż nagle rozległy się oklaski. Zobaczył, jak wiele osób ociera łzy wzruszenia, jak kobiety wachlują swoje twarze, by uspokoić wciąż cieknące łzy. A on ledwo potrafił zrobić cokolwiek. Po prostu nie potrafił nawet przyswoić tego, co właśnie miało miejsce. Historia wydawała mu się dziwnie znajoma. Wręcz aż nadto. 
Spojrzał na Alice, która posłała mu wymowne spojrzenie. Wstał od stołu i nie zwracając uwagi na sprzeciw Élise, poszedł razem z nią za kulisy. Przepuścił kobietę, która podeszła do kuzynki i objęła ją w przyjacielskim uścisku. Arno przedstawił jej się, na co dziewczyna dygnęła lekko i odpowiedziała mu się z uśmiechem. Usiedli. Alice i Arno na krzesłach, a Elizabeth przysiadła na skrzyni, krzyżując pod sobą nogi. 
— A więc — wydał z siebie ciche westchnienie — szukam dziewczyny. Czarodziejki. Rude, wpadające w czerwień włosy, jadeitowe oczy, ubrana w czerwień i czerń. Czuć od niej zapach piwonii i frezji. 
Blondynka uśmiechnęła się szeroko.
— Widziałam taką. 
— Kiedy? — Alice i Arno spytali gwałtownie. 
— Ostatnio dwa dni temu, w Calais. Była razem z przyjacielem. Zatrzymała się razem z nim u mnie i mojego dziadka. Z początku nie było z nią najlepiej, ale wróciła do siebie i dwa dni temu stwierdzili, że jadą do Paryża. 
— A nie mówiłam? — powiedziała radośnie Alice.
— Ej, to ja powiedziałem, że ona żyje. — Alice spojrzała na niego z uniesionymi brwiami. — No w porządku, pomyślałem. Ale to nie zmienia faktu, że byłaś od początku źle nastawiona. — Na jego ustach pojawił  się chytry uśmieszek.
— Gówno prawda. Lizzy, dziękuję, że nam o tym powiedziałaś. — Przytuliła kuzynkę w radości. 
— Mam powiedzieć Élise? — spytał się kruczowłosej, uradowanej czarodziejki.
— Postawimy ją przed faktem dokonanym. 

II
Położyła palec wskazujący na ustach, otwierając po cichu drzwi. Był środek nocy. Prawdopodobnie mało kto spał, ale nie chciała przez przypadek kogoś obudzić. Weszła do środka i wpuściła odrobinę zbyt wysokiego elfa, który musiał się schylić, by przejść przez drzwi. 
Rozejrzała się, stając pośrodku korytarza. Nagle usłyszała głośny pisk, a potem zobaczyła Charlotte, która zbiegała po schodach, potykając się prawie o swoją suknię. Gdy zbiegła, przywitała ją, rzucając się na nią, krzycząc jej imię i tuląc ją do siebie. Rudowłosa zaśmiała się cicho i objęła ją z uśmiechem na ustach. Podniecenie madame Gouze objawiało się na jej twarzy w ogromnym uśmiechu. 
— Wróciłaś! — powiedziała, a po jej policzkach płynęły łzy radości. — Tak bardzo tęskniłam. Dziewczyno, gdzieś ty się podziewała? — mówiła. 
— Tu. I tam. 
Charlotte zachichotała i podeszła do elfa, unosząc wysoko głowę. Elf przedstawił jej się jako Lorian Eilheart i skłonił się, składając na jej dłoni krótki pocałunek. Kobieta zakryła drugą dłonią usta i zachichotała melodyjnie. 
— Charlotte! 
Usłyszeli głos Belleca, który dochodził prawdopodobnie z jego pokoju. Alex zatrzymała Charlotte, wiedząc, że zaraz ją wyda. Weszła po schodach, a pani Gouze krzyknęła, że już idzie. Widziała, jak stoi na środku pokoju tyłem do drzwi, zastanawiając się prawdopodobnie nad tym, gdzie kobieta położyła rzecz, która należała do niego. Rozbiegła się i wskoczyła na jego plecy. Pochylił się odrobinę do przodu, czując nagły ciężar i złapał ją pod kolanami.
— Dobry wieczór, wujaszku — powiedziała radośnie. 
Zaśmiał się i zakręcił się dookoła. Usłyszał jej chichot i kiedy zeszła z jego pleców, przytulił ją, obejmując ją w ojcowskim uścisku. Wtuliła swoją głowę w jego klatkę piersiową. 
— Myślałem, że zginęłaś pod Montmartre. 
— Ja też tak myślałam. 
Wydał z siebie zduszony śmiech i pogładził jej włosy. Była jego jedyną siostrzenicą. Kochał ją jak własną, rodzoną córkę. A tęsknił za nią tak bardzo, że nie mógł uwierzyć, że tak się dało. Ale wróciła i czuł taką ulgę jak nigdy.
— Jean śpi? — spytała, odsuwając się. 
— Miał się przygotowywać do misji, o ile dobrze pamiętam — rzekł.
— Idę do niego. Ucieszy się — odparła, podchodząc do drzwi. — Do rana. 
Kiwnął głową, a Alex wyszła, idąc korytarzem do pokoju jej najlepszego przyjaciela. Widziała, jak ze skupieniem patrzył w kartkę, zastanawiając się, czy na pewno wszystko wziął. Podeszła powoli, na palcach i zasłoniła jego oczy dłońmi. 
— Zgadnij, kto wrócił, by uprzykrzyć życie Dorianowi — odparła, a on zaśmiał się gardłowo.
— Czyżby wróciła rudowłosa wiedźma? — spytał. 
— Nie porównuj mnie do wyrzutków świata magicznego. — Zdjęła dłonie z jego oczu, a on odwrócił się, przytulając ją jak brat siostrę.
— Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłem. 
Uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy złapała w pięści jego koszulę, wtulając się w niego. Jak jej tego brakowało. Przytuleń, rozmów, śmiechów. Teraz właśnie to wszystko wróci. Miała taką właśnie nadzieję. I starała jej się nie tracić.
— Ja też. — Odetchnęła. — Od jutra mam zamiar zrobić Dorianowi z życia piekło. 
— Chętnie ci pomogę.
Zaśmiali się cicho, trwając w uścisku. 
— Alice bardzo się ucieszy? — zapytała.
— Chyba bardziej, niż może ci się wydawać. 

1 komentarz: