I
Weszła do Café-Théâtre, ziewając głośno i rozciągając swoje ciało. Łapczywy wzrok mężczyzn zwrócił się na rudowłosą czarodziejkę, której fale powstałe z warkocza opadały na jej ramiona i ukrywały jej okrągłość twarzy. Ubrana w białą koszulę, turkusowy kaftan ze złotymi zdobieniami, parę skórzanych, przylegających do jej nóg spodni i muszkieterki na obcasie, podeszła do Loriana. Wyglądała na niewyspaną, mimo że starała się to zakryć magią i odrobiną makijażu. Dobrze wiedział, jak wyglądała, gdy była niewypoczęta; w końcu spędził z nią w lochu kilka miesięcy.
— Jak ci się spało? — spytał, pijąc kawę z mlekiem. — Wyglądasz na zmęczoną.
— W ciągu nocy budziłam się chyba z dziesięć razy — mruknęła, odrzucając głowę do tyłu. — Znowu śniła mi się ta cholerna bitwa. I ta pieprzona baba, której nie mogę za cholerę rozpoznać. Niech ją szlag.
Kelner podszedł do stolika, stawiając przed rudowłosą filiżankę czarnej, parzonej kawy. Spojrzała na młodego chłopaka, który oznajmił jej, że to prezent od monsieur Interdita i odszedł, zostawiając parę przyjaciół. Zamieszała ją kilka razy i kiedy napiła się, odetchnęła z ulgą. W końcu mogła się napić tej pysznej kawy i posłuchać rozmów ludzi. Jedna z jej codziennych czynności, które wykonywała kilka chwil po przebudzeniu jeszcze rok temu.
— No patrzcie, kto wrócił! — Usłyszeli głos Mirabeau. — Największa mąciwoda na zachód od Sekwany!
Alex i Lorian zaśmiali się, a hrabia podszedł i położył dłonie na ramionach młodej kobiety.
— A kto jest tą na wschód? — spytała, unosząc głowę.
Pochylił się, nad jej głową.
— Charlotte — szepnął, po czym pocałował ją w czoło. Dziewczyna wybuchła śmiechem. — Nie żartuję. Kiedy cię nie było, była nie do zniesienia.
— Urok pięknych kobiet, monsieur — rzekł Lorian, odwracając wzrok od rudowłosej czarodziejki.
— Racja, paniczu. Są tylko brzydkie, ale przemiłe oraz piękne, ale wredne jak osy.
— Ja to słyszę! — żachnęła się, upijając łyk kawy.
— D’ardaigh można w pewnym sensie zaliczyć do obu. Jest wyjątkiem — odparł elf i zakrył drżące uszy kruczoczarnymi włosami.
— Tak, nasza Alex ma dobre serce, tylko udaje nie do zdarcia — mówił hrabia, a oczy dziewczyny przewróciły się teatralnie.
— Lorianie, ścigamy się do cukierni po jabłecznik? — spytała, dopijając resztę napoju.
— Kto ostatni na miejscu, ten stawia! — krzyknęli razem, podciągając się z krzeseł i wybiegając z kawiarni.
Biegli przez tłoczne Île Saint-Louis do położonej niedaleko cukierni. Przeciskali się między ludźmi, prześlizgiwali się pod straganami, skakali po skrzyniach, byle tylko dobiec jako pierwsi. Przeklęła, gdy elf wygrał, wyprzedzając ją o kilka kroków. Chwilę stali przed drzwiami, garbiąc się i łapiąc oddech. Niemal natychmiast rozgrzali się po tym biegu i nie był im straszny chłód, który przedzierał się przez rękawy ich koszul.
Spojrzał na czarodziejkę i zaczerwienił się płomiennym rumieńcem. Biżuteria, to jest wisiorek wyposażony w cztery perły i szmaragd, sprawiała, że jej blizny znikały, czego skutkiem z kolei było to, że bez skrępowania nosiła głębokie dekolty lub nie dopinała koszul. Jego oczom ukazała się ciemna linia i wybrzuszenia, które natychmiast sprawiły, że jego policzki przypominały dwa czerwone jabłka. Musiał jak najszybciej odwrócić wzrok i uspokoić walące jak oszalałe serce. I nie miał do końca pojęcia, czy było to spowodowane tym, że biegł i jego serce pompowało krew szybciej, czy może raczej tym, że zobaczył tyle, że więcej do wyobrażenia sobie tego, co miała pod koszulą, nie potrzebował.
„Ale ja jestem głupi”, skarcił się natychmiast w myślach. Była od niego cztery lata starsza. Osiemnastoletnie uniesienia nie mogły sprawić, że będzie patrzył na nią, jak na jakiś przedmiot niewart więcej niż szmata. Nie był tego typu elfem. Nie był tego typu człowiekiem.
Wkroczyli do cukierni. Różniła się od tych w jego świecie. A przynajmniej wtedy, gdy rządziła nim caryca Fiona, a nie ten zacofany burak, który wyłapał wszystkich nieludzi, a potem przeprowadzał publiczne egzekucje, zamykał w lochach, a tam torturował lub wykorzystywał do niewolniczych prac. Przeszły po nim ciarki, gdy przypomniał sobie, jak na jego oczach spalił wszystkich jego przyjaciół i skrócił o głowę całą jego rodzinę. Łącznie z jego pięcioletnią siostrą.
Poczuł, jak Alex kładzie dłoń na jego ramieniu. Spojrzał na nią. Jej wzrok wyrażał troskę i współczucie. Chyba wiedziała, o czym myślał. A przynajmniej wywnioskowała to po jego zachowaniu. „Jest taka mądra”, pomyślał i uśmiechnął się lekko.
— Znowu o tym myślisz? — spytała troskliwie.
— Tak. Ale… nic mi nie będzie. Nie martw się.
Uśmiechnęła się i razem podeszli do lady. Kobieta przywitała ich radośnie, a w szczególności rudowłosą. Spytała, czy podać to, co zwykle, a potem wyjęła spod lady dwa jabłeczniki. Wyglądały pysznie. Rumiane brzegi, słodka, cukrowa skorupka, a spod niej prześwitywały duszone jabłka. Lorian przełknął ślinę na sam widok ociekających słodkością ciast. Tak dawno nie jadł słodyczy, że prawie zapomniał, jak to jest czuć w ustach jakikolwiek wypiek. Po chwili usłyszał ciche warknięcie, a zaraz potem kolejne; głośniejsze, które dobiegło również do czarodziejki. Alex zaśmiała się cicho i zapłaciła za słodycze, biorąc oba; jedno z nich podała elfowi. Wyszli, wracając powoli do Café-Théâtre. Jedząc ciasta, urządzili sobie mały spacer, nie spiesząc się z powrotem.
Czując słodki smak cukrowej osłony i kwaśny posmak jabłek, poczuł, jakby się rozpływał. To było coś dużo lepszego niż to, co serwowano w „cukierniach” w świecie Loriana. Zazwyczaj były to niesmaczne, ziołowe cukierki lub, nieco lepsze, lukrowane wypieki. To było coś innego, coś, przez co jego kubki smakowe szalały ze szczęścia.
Kiedy dotarli co kawiarni, zobaczyli, że miejsce klientów, zajęła cała chmara asasynów, biegających na posyłki i wieszających na wysoko położonych punktach dekoracje. Madame Gouze rozstawiała wszystkich po kątach, udało jej się wciągnąć pod pantofel nawet Belleca, który zazwyczaj nie pozwalał, by w jakikolwiek sposób kierowała nim kobieta.
— Monsieur Eilheart! — zawołała Charlotte. — Mogę prosić o małą pomoc?
— Oczywiście, madame — Podbiegł do kobiety.
Alex podeszła do jednej ze skrzyń i zaglądnęła do środka. Był pełen jakichś szarf, chodników, bieżników, świeczników, zastaw i tylko sam Bóg mógł wiedzieć, ile rzeczy tam jeszcze było. Do rąk wzięła kilka szarf i swój wzrok zwróciła na Charlotte.
— A ja? — odezwała się. — Co mam robić?
— A ty idź do pokoju. Odpocznij, zdrzemnij się, poczytaj może coś. Wieczorem zawołam cię i coś ci dam.
Czarodziejka westchnęła i odłożyła dekoracje. Od razu poczuła poczucie winy. Nienawidziła, gdy wszyscy byli zajęci jakimś projektem, sprzątaniem, czy chociażby dekorowaniem, a ona nie mogła im pomóc, jakoś wplątać się w przygotowania. Ale skoro Charlotte ją o to poprosiła, to pójdzie, mimo że zaczęły ją dręczyć niesamowite wyrzuty sumienia.
Weszła po schodach i zaczęła iść do swojego pokoju. Jej myśli zabłądziły w niesamowicie złym kierunku. Arno. Ten pieprzony, zdradziecki kretyn, o którym nie myślała, od kiedy znalazła się w świecie Loriana. Nie miała na to czasu. Na początku leczenie wszystkich ran nabytych podczas bitwy, potem schwytanie jej opiekunki, a niedługo potem jej. I więzienie przez pięć miesięcy wraz z torturami i trzema próbami egzekucji. Nie widziała go jeszcze ani razu i właściwie nie była pewna, czy chciała go widzieć. Z jednej strony sama myśl, że mogłaby go znów zobaczyć, przyprawiała ją o chęć, by strzelić go z otwartej dłoni prosto w twarz, ale z drugiej pomysł, aby robić mu na złość, był niesamowicie intrygujący.
II
Kiedy zeszła na parter, do kawiarni, prawie zaniemogła. Dzięki madame Gouze wyglądało to dobrze. Wręcz bardzo dobrze. I chyba nie chciała widzieć, jak wyglądałoby to pomieszczenie, gdyby robili to sami, bo doskonale wiedziała, że większość asasynów nie miała nawet odrobiny zdolności manualnych.
Charlotte podeszła do niej, oglądając ją ze wszystkich stron. Prawie pisnęła, gdy zdała sobie sprawę, że suknia, którą czarodziejka miała dostać na swoje osiemnaste urodziny od Oliviera, lokaja rodziny de la Serre, wygląda na niej tak, jakby powstała z myślą o niej. Odkrywała jej nogi, dekolt podkreślał jej piersi, talia została uwidoczniona wręcz idealnie, zdobiony złotem tren ciągnął się za nią, a turkus zdobionego żakardu tak idealnie pasował do jej włosów, że nie mogła sobie wyobrazić jej w innych kolorach.
— O matko! Wyglądasz obłędnie. Arno oniemieje! — odparła, stając obok niej i zakrywając twarz wachlarzem. — Albo będzie wściekły, że nie może cię nawet palcem tknąć.
— Tylko czekam na to, aż zobaczę jego minę.
Zachichotały cicho i zobaczyły jak Bellec, Jean-Pierre oraz Lorian zmierzają w ich stronę.
— Chyba mu się podoba — szepnęła Charlotte.
— Komu?
— Jak to komu? Lorianowi, dziewczyno!
Mężczyźni po kolei uściskali Alex, a Lorian skłonił się, łapiąc jej dłoń w beżowej, zdobionej brązem rękawiczce zakładanej na jednej palec i ucałował ją czule.
— Cóż za dżentelmen! — gruchnęła Francuzka.
— Nie to, co Dorian — prychnął Jean-Pierre.
— Jean! — czarodziejka skarciła go. — Bo jeszcze się zarumieni. — Spojrzała na Loriana, którego odrobinę wystające spod włosów uszy zaszły wyraźną czerwienią.
— O matko! Jakie to urocze! — zaświergotała Charlotte. — A co wy na to, by udawać parę przed Arnem? Przecież to genialny pomysł! — zaproponowała Charlotte.
— Ale że trzymać się za ręce, przytulać, całować i… — elf mówił ze zdenerwowaniem.
— Myślę, że trzymanie za ręce i przytulanie wystarczy. Choć pocałunki też są mile widziane. O! Idzie!
Stanął ubrany w surdut. Szukał wzrokiem wśród zaproszonych czarodziejek tej rudowłosej, którą chciał zobaczyć w końcu na żywo. Nie w snach, nie w myślach, nie w wyrzutach sumienia. I zobaczył. W ramionach wysokiego, czarnowłosego mężczyzny, przytuloną do niego, tak jak kiedyś robiła to, gdy była z nim. Uśmiechała się, rozmawiając z madame Gouze, Bellecem i Jean-Pierre’em. Patrzyła mężczyźnie w oczy z miłością i uśmiechem, który posyłała tylko mu, gdy byli jeszcze razem.
— Arno Dorian — usłyszał spokojny, głęboki głos, który poznał jakiś czas temu.
Spojrzał na swoją prawą stronę. Szedł do niego znajomy, jasnowłosy mężczyzna. Gabriel O’dean.
— Monsieur O’dean. Pana również zaproszono? — spytał, podając mu rękę.
— Mnie zapraszają wszyscy, panie Dorian — rzekł, potrząsając nią. — Och, to panienka Larch? — spytał, stając obok niego i patrząc na rudowłosą czarodziejkę przytuloną do elfa.
— Tak.
— Wygląda na szczęśliwą — rzekł O’dean.
Coś ukuło Arna. Racja. Wyglądała na szczęśliwą. Na bardzo szczęśliwą. Możliwe, że jeszcze bardziej szczęśliwą, niż wtedy, gdy była z nim. I to go bolało. Bolało go, gdy widział, jak obejmuje ją w talii, jak składa pocałunki na czubku jej głowy, tam, gdzie kiedyś on to robił. Bolał go widok ich dłoni splecionych razem.
— Tak. Na szczęśliwą — szepnął z zawiedzeniem. — Na bardzo szczęśliwą.
— Czy ja tu słyszę nutkę zazdrości, panie Dorian? — zapytał z zaciekawieniem.
— Być może. — Westchnął. — Po prostu chciałbym, by była szczęśliwa — wyszeptał.
— Proszę się nie martwić, panie Dorian — rzekł mężczyzna, podając mu jeden z dwóch kieliszków wina, które wziął od kelnera. — Mogę zapewnić, że będzie bardzo szczęśliwa.
Arno spojrzał na niego jakby odrobinę zaskoczony jego słowami. A po chwili usłyszał głośne piski. Prawie zasłonił uszy, aż nie spojrzał przed siebie i nie zobaczył, jak Alice i Alex wpadają sobie w ramiona. Uśmiechnął się odrobinę, gdy widział, jak szczęśliwe są z powodu, że znowu się zobaczyły. Rok rozłąki sprawił, że okropnie za sobą tęskniły. A fakt, że żyła, potęgował radość czarnowłosej czarownicy. Jego, oczywiście również, ale nie mógł pozbyć się tej zazdrości, którą poczuł, gdy zobaczył ją z ciemnowłosym mężczyzną.
III
Spacerowały razem po jesiennym ogrodzie kawiarni. Alice miała jej coś do powiedzenia. Nie wiedziała co. Powiedziała jej tylko, że to ważne i chciała o tym porozmawiać na osobności. I kiedy wychodziły, rzuciła Arno spojrzenie, które mówiło „Dureń, idiota i skończony kretyn”. Lecz nie przejęła się. Wiedziała, że zauważył ją i Loriana. I jaką jej to sprawiało satysfakcję! Może i nie było to w porządku. Ale czy w porządku było to, że zdradził ją z jej najlepszą przyjaciółką bez nawet odrobiny poczucia jakichkolwiek wyrzutów sumienia i tego, że zrobił źle? Ani trochę nie żałowała, że zaczęła udawać, że jest razem z Lorianem w związku. Należało mu się.
— Cóż, Alex. Dawno się nie widziałyśmy — odparła po tym, jak odchrząknęła.
— Rok. Trochę długo, zważając na to, że wcześniej widywałyśmy się niemal codziennie — odparła, prychając.
Alice kiwnęła głową.
— Nie wiem, czy już wiesz, ale zniesiono Lożę.
Usiadły na jednej z ławeczek, patrząc na fontannę, która stała pośrodku ogrodu.
— Teraz już wiem. I co planujesz?
— Chcę stworzyć nową. Z twoją pomocą — odparła, szturchając ją ramieniem. — Zebrałam dwadzieścia kandydatek. Potrzebuję jeszcze kilku, a z nich wytypuję osiem radnych.
— Czy jest coś ważnego, że stwierdziłaś, żeby wznowić jej działalność?
Alice wstała, stając przed fontanną. To było coś ważnego.
— Ilość czarodziejek bezdomnych, pogrążonych w nędzy lub pracujących jako prostytutki — powiedziała, krzyżując ręce pod piersiami. — Nie mogę patrzeć, jak wyglądają teraz realia życia równych nam. Te, które nie miały szczęścia, żyją na ulicy, bez żadnego schronienia, pozostawione same sobie.
Alice była na to szczególnie wyczulona. Po latach mieszkania w dzielnicach nędzy w Londynie, po tym, jak czekała ją kariera kurtyzany. Jak pracowała za marne kilka funtów w sierocińcu osoby, która pozbawiła ją całej rodziny i dachu nad głową, a potem uznała za opętaną i usiłowała poddać ją torturom, by złego ducha wypędzić. Ale to nie był powód. Coś się za tym kryło. Coś więcej.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń