I
Trzydzieści czarodziejek. Stały na arenie, gotowe, by walczyć o swoją siedzibę. Z nimi byli asasyni. Czterdziestu mężczyzn, gotowych, by pomóc czarodziejkom w bitwie. Patrzyli, jak zbliżają się żołnierze. Chorągwie powiewały na wietrze, gdy konie podnosiły piach, który wirował, tworząc wielkie kłęby. Czarodziejki wciąż stały; dumne, poważne, z odwagą w oczach i malującą się na ich licach. Wszyscy byli gotowi, by uderzyć; zarówno jedna, jak i druga strona. Uniósł się dźwięk wybuchów i ostrzałów. A potem wrzask Najwyższej Radnej. Uniosły się dłonie czarodziejek. Zaiskrzyła się magia, błysnęły ukryte ostrza, muszkiety skierowały się na atakujących, zadzwoniły ostrza szabli. Walka się zaczęła.
Wpierw na jej twarzy malowała się niepewność i przerażenie. Jej pierwszy raz. Nie docierało do niej, że właśnie teraz jest w środku bitwy. Huk, wystrzały, wszystko wydawało się przygłuszone. Spojrzała na Alice, rzucającą kolejne zaklęcia. Alice spojrzała na nią, kiwnęła głową, dodając młodszej czarodziejce otuchy. Jej dłonie zapłonęły ogniem, na twarzy pojawiła się nagła odwaga. Rzuciła w nich ogniem. Dwie kule spaliły dziesięciu żołnierzy. Wtoczyli armatę. Wyciągnęli strzały, które podpalono, trafiono ją raz. Potem drugi. Wrzasnęła z bólu. Kolejne serie ognistych pocisków wylądowały po stronie łowców.
Wbiegli na wzgórze, wjechali na koniach. Zaczęła się walka z bliska. Kolejne godziny mijały, a rudowłosa czarodziejka coraz bardziej była wyczerpana. Ciągłe rzucanie zaklęć, było męczące. Nie miały ani chwili przerwy. Była obolała; to, co miała przed oczami, rozmywało się. Nagle rzuciła potężny czar. Odrzuciło kilku żołnierzy, czarodziejki. Zobaczyła Alice, leżącą na ziemi. Poparzoną, martwą. Wydała z siebie głośny wrzask. Podniosła się z łóżka, krzycząc zapłakana. Zanosiła się, trzęsąc się i oddychając głęboko. Drzwi otworzyły się. Stała w nich Alice wraz z Jean-Pierre’em, Lorian, Bellec i Charlotte. Alice wpadła do środka. Usiadłszy na łóżku, przytuliła do siebie młodszą czarodziejkę, która złapała czarny, satynowy szlafrok w pięści, szlochając, gdy czarnowłosa gładziła jej rude, zaplecione w warkocz włosy.
Bellec oraz madame Gouze usiedli na łóżku przed czarodziejkami, Jean za Alex, a Lorian zapalił wszystkie świece, by rozjaśnić sypialnię. Czuła, jak czarnowłosa gładzi jej ramiona, a Charlotte i Pierre trzymają jej dłonie i pocierają kciukami jej kłykcie. Wtuliła się w czarownicę, patrząc pustym wzrokiem, gdy po jej policzkach wciąż płynęły łzy. Wcześniej, gdy śniły jej się tego typu koszmary, nie było nikogo, kto przyszedłby i ją pocieszył. Cieszyła się, że teraz była taka możliwość. Ale nie mogła wyrzucić z głowy widoku martwej przyjaciółki.
— Zostawcie mnie z nią — szepnęła Alice, kładąc policzek na czubku jej głowy. — Damy sobie radę.
Kiwnęli głowami. Jean pocałował jej głowę, Bellec ucałował dłoń Alex, Charlotte, założyła jedno z pasm, które wyszły z jej warkocza za ucho, a Lorian tylko cicho westchnął. Wyszli, zostawiając czarodziejki same.
— Lepiej? — wyszeptała czarnowłosa.
Polka pokiwała głową, pociągając nosem.
— Co ci się śniło? — dopytywała.
— Bitwa.
Znów zaniosła się płaczem. Brytyjka próbowała ją uspokoić.
— Śniło mi się, że zginęłaś — mówiła dalej.
Usłyszała, jak Alice wzdycha, a potem wzmacnia uścisk. Tego potrzebowała. Przytulenia przez najdroższą jej przyjaciółkę.
— Jestem tu, Alex. Przy tobie, nigdy nie chciałam cię opuścić. Ani nie chciałam, żebyś była samotna. Przepraszam, że nie znalazłam cię wcześniej. Nawet nie wiedziałam, gdzie jesteś. Bałam się, że straciłam kogoś, kto jest dla mnie jak siostrzyczka. Proszę, nie płacz już — mówiła, kołysząc się wraz z nią.
— To okropne — szeptała. — Widzieć, jak ginie ktoś, kogo kochasz. Z twojej winy.
— Lilia i Ines nie zginęły przez ciebie, kochanie — zapewniła ją. — To nie była twoja wina.
Nie wierzyła w to. Wiedziała, że to była jej wina. Gdyby nie była tak słaba, nie musiałyby stawać w jej obronie. Philippa nie zmarłaby z powodu poparzeń, a Ines nie zostałaby rozerwana. Nie czułaby tak wielkich wyrzutów sumienia. Z wszystkich czarodziejek, które znała, została jej tylko Alice. Której nie potrafiła nawet spojrzeć w oczy.
I wstyd było jej się przyznać, ale potrzebowała teraz Arna. Chciała, by przyszedł, przytulił ją, pocałował, spał z nią, powiedział, że to nie jej wina. Pierwszy raz od miesięcy chciała, by ją dotknął, by był przy niej, by powiedział, że ją kocha.
II
Arno zszedł do kawiarni ze smętnym wyrazem twarzy. Słyszał w nocy jej krzyk. Wystarczył pierwszy, przez sen, by chciał tam pobiec. Wziąć ją w ramiona, pocieszyć ją, położyć się obok niej, zasnąć z nią w ramionach. Lecz tylko pobiegł i schował się za ścianą. Słyszał wszystko. Jak się obwiniała, płakała, słyszał wyznanie Alice. Jego serce pękało, rozpadało się, bolało jak piekło i nie mógł temu zaradzić, sprawić, by o tym nie myślała.
Opadł na krzesło i zgarbił się odrobinę. Alice, która nocowała u Jeana podeszła do niego i usiadła przed nim. Podniósł na nią wzrok. Pierwszy raz zobaczył, że jej wzrok nie był ostry, nie próbował go niewerbalnie skarcić. Był miękki, jakby współczujący.
— Jak wiele usłyszałeś? — spytała.
— Wszystko — wyszeptał. — Nie mogłem uwierzyć, że tak bardzo czuje się winna za to wszystko. Mimo że nie powinna.
— Przez wiele lat chorowała, ale nikt nie chciał tego leczyć. Myśleli, że to przez dojrzewanie. Choroba pozostawiła po sobie ślad. — Odwróciła wzrok. — Ja też chciałabym, żeby się nie obwiniała, ale obawiam się, że nic nie możemy z tym zrobić. Musimy poczekać lub… pozwolić, by sama to zrozumiała.
Wiedział i rozumiał. Ale sama myśl, co ta dziewczyna musi teraz przeżywać, zabijała go.
— Powiedziała, że dzisiaj prawdopodobnie nie zejdzie do kawiarni. Lorian się nią zajmuje na zmianę z panią Gouze i Bellecem. Miałam z nią jechać do Amiens, ale skoro nie da rady, to… chciałabym, byś pojechał tam ze mną.
— Dlaczego ja?
— Bo potrzebuję obstawy. Jean jest na misji, a ja sama tam przecież nie pojadę.
— Czyżby wielka, potężna czarodziejka, bała się jechać sama do Amiens? — spytał prześmiewczym tonem głosu.
— Zamknij mordę, Dorian albo tak ci ją oszpecę, że nawet Élise cię nie będzie chciała — warknęła, po czym uśmiechnęła się ironicznie i wrednie. — To jak? Pojedziesz ze mną?
Westchnął, odchylając głowę do tyłu. Potem spojrzał na nią z uniesioną brwią, nieprzekonany co do tego pomysłu. Kiedy napotkał jej wzrok, który z miękkiego i współczującego znów stał się ostry i wściekły, przewrócił oczami.
— Niech ci będzie. Możemy jechać.
III
W trzech czwartych drogi do celu ich podróży byli zmuszeni przesiąść się z wozu na konie. Powóz mógł łatwo ugrzęznąć w błocie po ostatnich opadach, a konie łatwiej sobie poradziły z przebyciem tego stosunkowo niedługiego dystansu.
Dojechali do wiejskiego zamku. Wyglądał na martwy. Alice mówiła, że jadą do posiadłości wielkiej czarodziejki, a to wyglądało, jakby nikt tam nie przebywał od kilku lub kilkunastu lat. O ile nie więcej. Wielkie chaszcze, martwe kwiaty i drzewa. Zobaczyli piątkę dzieci, które śpiewały komitywą, siedząc na przewróconym wozie. Nuciły piosenkę niepokojącą; o demonie znikąd. Ich oczy błyszczały jakby złowrogo, gdy kołysały się w rytm piosenki. To zmroziło w krew żyłach Arna, a wrażenie niepokoju tylko zwiększyło się, gdy jedna z dziewczynek odezwała się:
— Uważajcie, madame. Monsieur.
Jej brudne, złote włosy splecione w warkocze były już nieco potargane przez wiatr.
— Tam jest potwór — mówił chłopiec, patrząc pustym wzrokiem na drogę. — Bezoki, wysoki, przerażający. Pilnuje zamku, aby nikt niepowołany się tam nie dostał.
Alice pokręciła głową, uznając dzieci za nawiedzone i po prostu nakazała Arno, by zaprzestał słuchania ich i zaczęła odjeżdżać, gdy kolejne dziecko się odezwało:
Alice pokręciła głową, uznając dzieci za nawiedzone i po prostu nakazała Arno, by zaprzestał słuchania ich i zaczęła odjeżdżać, gdy kolejne dziecko się odezwało:
— On będzie tam, zawsze tam, gdzie pan, monsieur.
Arno zmarszczył brwi.
— Kto?
— Arno! — krzyknęła Alice. — Ruszaj się!
— Pan czasu. Pomoże, poklepie, posłodzi, ale nie za darmo.
— Dorian, do cholery ciężkiej!
Spojrzał na nią, a potem znów na chłopca. Kiwnął głową i dogonił ją. Zostawili konie, przywiązując je do bramy, przez którą weszli na teren zamku. Alice schowała się za gęstymi zaroślami i pociągnęła za sobą Arna. Spojrzał na nią z zaskoczeniem.
— Co ty robisz? — syknął.
— Patrz. — Wskazała na stwora, który lewitował nad schodami. — Dzieci miały rację. Coś pilnuje zamku.
Stwór odwrócił się w ich stronę. Zamiast twarzy miał gładką, mleczną skórę, zaszyte, krwawe usta. Ubrany był w ciemną szatę, której kaptur spoczywał na jego głowie. W chudych, kościstych dłoniach trzymał coś w rodzaju kostura, a przy pasie wisiała obręcz z kluczami. To było najdziwniejsze i najstraszniejsze zjawisko, jakie Arno widział w swoim życiu. Natomiast Alice wydawała się tym niewzruszona. W końcu nie takie rzeczy na oczy widziała.
— Dlaczego nie możemy po prostu przejść obok niego? I tak nas nie zobaczy — odparł szeptem.
— Niewidomi mają bardziej wyczulone inne zmysły. Smak, zapach, dotyk i słuch. A na dodatek jest to nadnaturalna istota. Jeżeli nas usłyszy, będziemy mieli poważny problem — mówiła, podnosząc z ziemi kamień i rzucając nim, jak najdalej mogła.
Oni nic nie usłyszeli, zaś stwór jak na zawołanie przeteleportował się w tamtą stronę. Po cichu wstali i powoli zaczęli zmierzać do wejścia. Jednak nawet prawie niesłyszalne chrzęszczenie żwiru sprawiło, że się odwrócił. Alice kazała mu stanąć. Poczuł chłód na karku. Położył rękę na szpadzie i wyciągnął ją, jak najszybciej mógł. Wykonał ruch tnący, lecz potwora odparła cięcie kosturem, odpychając go dalej, na schody. Nie mógł się podnieść, a potwór przeniósł się do niego, roztwierając paskudną gębę. Jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu i kiedy zjawa była gotowa na to, by go zabić, została odrzucona przez potężną kulę energii. Alice podbiegła do Arna, pomagając mu wstać i wziąwszy klucze, które odpadły od pasa, próbowała którymś z nich otworzyć drzwi. Kiedy stworowi udało się wstać, Arno podniósł szpadę i wbił ją w potwora, sprawiając, że jedyne co z niego zostało, to upiorny kostur.
— Gotowe. — Usłyszał głos Alice, która zaczęła wchodzić do środka zamku.
Po wnętrzu mógł wywnioskować, że czarodziejka, która tam niegdyś mieszkała, musiała być niezwykle zamożna. Wszystko stało tak, jakby opuściła to miejsce niedawno, mimo że tapeta ze ścian zaczęła odchodzić, a wszechobecne kurz i pajęczyny pokrywały meble, podłogi i dekoracje.
Po wnętrzu mógł wywnioskować, że czarodziejka, która tam niegdyś mieszkała, musiała być niezwykle zamożna. Wszystko stało tak, jakby opuściła to miejsce niedawno, mimo że tapeta ze ścian zaczęła odchodzić, a wszechobecne kurz i pajęczyny pokrywały meble, podłogi i dekoracje.
— Czego tu szukamy?
— Róży Terry Noven — oznajmiła, idąc w kierunku schodów, które prowadziły do piwnicy.
Zszedł za nią, myśląc o tym, co powiedziały dzieci. O kim mogły mówić? Kim był „pan czasu”, o którym była mowa? Czym miała być zapłata? A może po prostu miały zbyt bujną wyobraźnię?
Kiedy byli w piwnicy, Alice zaczęła przesuwać dłonią po ścianach. Kazała mu wziąć jakiś pojemnik. Znalazł doniczkę właśnie wtedy, gdy jej udało się otworzyć tajne przejście. Nie był przekonany co do tego, czy chce tam schodzić. Schody, które prowadziły jeszcze niżej, pod piwnicę, wyglądały na śliskie, a ciemność potęgowała u niego wrażenie, że prędzej zjedzie po tych schodach, niż zejdzie. I przy okazji się zabije. Ale Alice nie pozwoliła mu się wycofać. Jej dłoń zapłonęła jasnozielonym światłem, które rozświetliło klatkę schodową. Szedł za nią, trzymając się ściany. Kiedy zeszli, przed nimi był niesamowicie długi, równie ciemny co klatka schodowa, korytarz. Jedyne, co było słychać, to stukanie obcasów czarodziejki i cichy szum deszczu z zewnątrz.
— Alice? — odezwał się, a czarodziejka spojrzała na niego.
— Hm?
— Kim jest dla Alex ten czarnowłosy mężczyzna?
— Lorian? — spytała, a on kiwnął głową. — Bliskim przyjacielem. Dlaczego pytasz?
Kamień spadł mu z serca. Westchnął z ulgą. Nie była z nim w związku. A więc grali? Chciała mu zrobić na złość? W pewnym sensie to rozumiał, chciała sprawić, by poczuł się tak, jak ona, gdy przyłapała go i Élise na zdradzie. „Udało jej się”, pomyślał, śmiejąc się z siebie w duchu.
— A co? Byłeś zazdrosny? — dopytywała uszczypliwie.
— Jak jasna cholera.
Zaśmiała się cicho, kręcąc głową, a potem znów zapadła cisza. Tym razem niekrępująca. Wiedział już, że Lorian i Alex razem nie są, a on i czarodziejka mają jeszcze szansę. Był spokojny, choć sama myśl o tym, że musi z nią porozmawiać, by cokolwiek ruszyło do przodu, przerażała go. Nie mógł sobie wyobrazić momentu, w którym miałoby dojść do ich rozmowy. Nie wiedział nawet, co miałby powiedzieć, jak miałby zacząć, by nie uciekła po jednym zdaniu, które by wypowiedział.
— Jesteśmy. — Usłyszał i uniósł głowę.
Rozejrzał się. Stali na czymś w rodzaju mostu, po którego obu stronach widniała głęboka przepaść. Na końcu mostu z kamieni było ułożone coś na kształt donicy, a w niej róża w kolorze intensywnego fioletu, która emitowała światło o podobnej barwie. Alice kazała Arno podejść bliżej i wystawić odrobinę doniczkę. Potem uniosła ręce i zaczęła mówić niezrozumiałe dla asasyna frazy zaklęcia. Róża wysunęła się z ziemi. Przełożyła ją do mniejszej doniczki, a potem zrobiła to samo z ziemią.
— Właściwie, to oprócz faktu, że świeci, to co jest takiego niezwykłego w tej róży? — spytał.
Podeszła do niego i palcami rozchyliła jej płatki. W rdzeniu ukryty był duży fragment ametystu, który emitował fioletowy blask.
— A po co ci to?
— To… — odwróciła wzrok — nie powinno cię obchodzić. Lepiej już wracajmy.
Kiwnął głową, a czarodziejka otworzyła portal, przez który przeszli. Znaleźli się przed bramą, przy koniach. Wspięli się na siodła i ruszyli w kierunku miasta. Nagle ich skórę zmroził mróz. Rozpętał się wicher, zamiast deszczu zaczął padać śnieg. Alice spojrzała za siebie, jej oczy rozszerzyły się.
— W nogi. — Strzeliła lejcami i zaczęła uciekać.
Arno obejrzał się za siebie. Zobaczył jeźdźców w żelaznych zbrojach, za którymi kłębił się śnieg i mróz. Galopowali prosto na nich. Usłyszał upiorne rżenie ich koni. Zniekształcone, jakby z nie z tego świata. Pogonił konia i jechał z Alice ramię w ramię.
— Kim oni są? — spytał, patrząc na nią.
Zboczyli z drogi, jadąc przez pola.
— Dziki Gon — oznajmiła, kierując ich w las.
Jeźdźcy zbliżali się, a konie powoli traciły siły przez ciągłe poganianie. Puściła lejce i otworzyła portal, przez który oboje wjechali. Zamknęła go w samą porę. Znaleźli się przed Café-Théâtre. Zeszli z koni i weszli do środka, zamykając za sobą drzwi z przerażeniem. Było niesamowicie blisko.
— Co się stało? — spytał Lorian, podchodząc do nich.
— To nie temat na rozmowę przy ludziach — powiedziała, łapiąc go za rękę. — Chodźmy gdzie indziej.
IV
Lorian chodził w tę i z powrotem, myśląc nad tym, co powiedziała mu czarownica. Widok oddziałów Dzikiego Łowu, które przecinały niebo w jego świecie, był całkowicie normalny, mimo że przerażający i zwiastujący czyjąś rychłą śmierć lub zniknięcie. Lecz w tym stało się to cztery razy; w roku 969, 1410, 1567 oraz w tym roku. Dwa razy nad Polską, raz nad Transylwanią i teraz w Amiens.
— Zastanawia mnie tylko, po co oni się tutaj w ogóle zjawili — mruknął, patrząc na ogień w kominku.
— I dlaczego gonili nas — powiedziała, stając obok elfa. — Nie wydaje mi się, by byli tu po nic. Za każdym razem, gdy się zjawiali, stawało się coś ważnego. Chrzest Polski, Bitwa pod Grunwaldem, założenie pierwszej Loży. A teraz?
— Rewolucja?
— Która wybuchła cztery lata temu? Proszę cię. Nie zdziwiłabym się, gdyby pojawili się w maju lub czerwcu osiemdziesiątego dziewiątego. Teraz, cóż, jak najbardziej mnie to zaskakuje. — Skrzyżowała ręce pod piersiami. — Mam nadzieję, że nie chodzi tu o nią.
— „O nią”? — Zmarszczył brwi. — Kogo masz na myśli?
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń