wtorek, 9 kwietnia 2019

Czerwone maki na wzgórzu Montmartre

I
Nie miała siły. Koszmary z ostatnich nocy wyssały z niej całą energię, a fakt, że w ciągu pięciu dni zjadła tylko trzy posiłki, wypiła osiem bardzo słodzonych i mocnych kaw oraz spała codziennie przez cztery godziny, tylko potęgowały uczucie zmęczenia i kołatania serca, które nieudolnie starała się zmniejszać magią.
Leżała na brzuchu, z twarzą zwróconą w lewą stronę, patrząc na swój palec, który kreślił na białej, satynowej podusze drobne kółeczka. Przyciskała do piersi jedną z poduszek w kolorze butelkowej zieleni, które były obszyte złotą nicią i zakończone na rogach złotymi frędzlami. Jej włosy były rozłożone na poduchach, a ona sama była przykryta pierzyną tak, że jedyne, co było widać, to jej splątane w kołtuny włosy.
Lorian przytrzymał sobie nogą drzwi, wchodząc do sypialni z tacą, na której była pokrojona słodka chałka, jedna trzecia kostki masła, marmolada z dzikiej róży, na którą przepis Charlotte dostała od babki czarodziejki; oraz filiżanka zbożowej kawy. Postawił śniadanie na szafce nocnej i usiadł na łóżku, odgarniając włosy z twarzy przyjaciółki. Patrzyła się pusto na ścianę szafki, prawie nie zwracając uwagi na to, że Lorian głaska ją po włosach.
— Pani Gouze przygotowała dla ciebie śniadanie — szepnął, a dziewczyna westchnęła cicho.
— Nie jestem głodna — mruknęła, kładąc się na boku i podciągając nogi do klatki piersiowej.
Dawno nie widział jej tak przestraszonej. Ostatnio — miesiąc przed ich ucieczką, gdy wygłodniałe i chętne do stosunku wilkołaki wpuszczono do wampirów. Zaczęła się seria orgii i gwałtów na oczach innych więźniów oraz strażników, którzy wyśmiewali gwałcone na wszystkie możliwe sposoby wampirzyce. Czarodziejka bała się, że wilkołaki zostaną wpuszczone także do ich celi, by zafundować jej kolejne tego dnia tortury. Wtedy spała z nim w jednej pryczy, by w razie potrzeby uchronił ją przed tym, co zrobiono wampirzycom, którym wcześniej wyrwano kły, by nie mogły się bronić.
— Aby na pewno? — spytał, gdy usłyszał warknięcie jej żołądka. — Twój brzuch mówi co innego.
Westchnęła i usiadła. Kiedy zobaczyła, co dokładnie ma zjeść, jej ślinianki zaczęły pracować ze wzmożoną siłą, a głód zwiększył się, mimo że naprawdę tego nie chciała.
Lorian postawił przed nią tacę, a ona zaczęła zajadać się pysznym śniadaniem. Zaczął się zastanawiać, jaka byłaby jej reakcja, gdyby powiedział jej, że to śniadanie tak naprawdę zrobił dla niej zmartwiony jej stanem Arno. Nawet nie tknęłaby go? Stwierdziłaby, że nie jest głodna? Czy może puściłaby to mimo uszu i zjadłaby wszystko? Ostatnio jadła niewiele, dlatego może nie obchodziłoby ją, że zostało przyszykowane przez mężczyznę, którego niegdyś kochała, a teraz nienawidziła.
— Chyba powinnam już stąd wyjść — powiedziała, wzdychając cicho i pijąc kawę.
Lorian zabrał tacę i wstał.
— Jeżeli nie czujesz się na siłach, możesz jeszcze dojść do siebie — oznajmił, otwierając drzwi, by zaraz przez nie wyjść.
— Nie muszę od razu robić nie wiadomo jak wymagających czynności. — Wstała z łóżka i podeszła do szafy. — Przekaż Arno, że chcę z nim rozmawiać.

II
Arno wszedł do Sali klubowej, gdzie czekała na niego Alice. Stała przed kominkiem. Jak zwykle ubrana w czerń i biel. Wpatrywała się w ogień.
Stanął obok niej i po chwili patrzenia na płomienie, spojrzał na nią. Zdawałoby się, że nawet nie zwróciła na niego uwagi.
— Chciałaś, żebym przyszedł — odezwał się.
— Tak, chciałam — szepnęła. — Tylko dziwi mnie, że nie zabawiałeś się z Élise.
— Alice...
— Zostawmy lepiej ten temat. Bo jeśli jeszcze raz usłyszę „to nie tak jak ci się wydaje", to nie ręczę za siebie. Tłumaczyć powinieneś się Alex, a nie mnie. A skoro już o niej mowa... — urwała przez moment. — Widzisz... chyba już wiem, dlaczego ścigał nas Dziki Gon — dodała po chwili. Kiwnął głową, sygnalizując, żeby kontynuowała. — Kiedy szukałam Alex, używałam od cholery zaklęć namierzających, haruspicji, geomancji, i tak dalej, i tak dalej.
— I co to ma wspólnego z Gonem?
Spuściła wzrok.
— Ja i Lorian podejrzewamy, że Alex jest potomkiem Belladonny, wichrzycielki, która na bardzo długo przed naszą erą rozpętała wojnę na terenach dzisiejszych Włoch. Była pierwszym ludzkim feniksem. Posiadała potężną moc, która mogła zniszczyć świat. Łów szuka jej potomków od wieków, by zawładnąć wszystkimi wymiarami. Obawiam się, że mogli polować na mnie, bo myśleli, że dowiedziałam się, gdzie jest Alex, mimo że wtedy wiedziałam o niej tyle, że powiedzieć „nic", to jak powiedzieć, że egzekucje niewinnych osób w Salem były trochę nie w porządku.
— Przecież to tylko legenda — odparł, podchodząc za nią do stołu.
— Dziki Gon również nią jest. A sam ich widziałeś na własne oczy — powiedziała, opierając ręce na blacie. — Nie możemy ryzykować kolejnego spotkania.
— Ale czego chcieli ode mnie? Nie mogli poczekać aż będziesz sama?
— Właśnie widać, jak bardzo martwisz się o bezpieczeństwo najlepszej przyjaciółki swojej ukochanej — odparła z wyrzutem. — Nie wiem, Arno. Wiesz, wysłałabym im list z tym zapytaniem i jeszcze paroma innymi, ale nie znam adresu.
Prychnął cichym śmiechem.
— Część naszych agentów wysłałam, by śledzili ich trasę.
— Czyli to są  n a s i  agenci, tak? — Uniósł brew, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
— Dorian, proszę, nie łap mnie za słówka. — Założyła ręce na biodra — Wracając do mojej myśli, pierwszą część wysłałam, by śledzili trasę Gonu, drugą zaś, by znaleźli bezpieczne schronienie dla Alex. Najlepiej z dala od dużych miast, egzekucji i takie, o którym Gon by nawet nie pomyślał. Przy czym to drugie zadanie jest znacznie trudniejsze od pierwszego. Nie wiem, gdzie musieliby szukać takiego zadupia we Francji, byśmy mogli ją ukryć. W Amiens już byli, ale jest tam od groma łowców. Wersal jest mocno zagrożony; mieszkają tam bliscy jej byłej przyjaciółki. Tu, Paryż jest zbyt duży i na bank będą jej szukać. Prędzej czy później. Zresztą, tak samo w Saint-Denis.
— A Calais?
— Odpada. Była tam, więc prawdopodobnie już zdążyli wyczuć pismo nosem i będą jej tam szukać.
Asasyn uniósł wzrok na drzwi, w których zauważył Loriana. Jego widok natychmiast przypomniał mu, że zanosił Alex zrobione przez niego śniadanie i chciał się dowiedzieć, czy cokolwiek zjadła. Martwił się, zbyt długo była na samej kawie.
Przeprosił Alice i podszedł do elfa, z którym następnie wyszedł z sali.
— Zjadła cokolwiek? — spytał się go.
— Udało jej się zjeść wszystko — oznajmił, a Arno uśmiechnął się, wzdychając cicho. — I kazała ci przekazać, że chce, byś z nią porozmawiał.
Uśmiech Doriana szybko się poszerzył i dziękując elfowi za informację, ruszył po schodach do jej sypialni. Gdy stał przy drzwiach, słyszał, jak dziewczyna śpiewa hymn francuskich czarodziejek; Liberté, który był uważany za jeden z piękniejszych hymnów organizacji czarodziejek na terenie całej kuli ziemskiej. Podobno piękniejszym był tylko ten polskiej Loży.
Zapukał do drzwi. Kiedy usłyszał ciche pozwolenie, otworzył je powoli, jakby odrobinę się wahając. Miał z nią porozmawiać pierwszy raz, od kiedy ostatnio ją widział. Półtora roku temu. Przeklęte osiemnaście miesięcy.
Stała przed lustrem, w którym odbijała się jej twarz otulona jaskrawo rudymi falami. Jej oczy były spuszczone, gdy rozczesywała długie za piersi włosy. Pomalowane czerwonym barwidłem usta wybijały się przy jej porcelanowej skórze. Miała na sobie suknię, co zresztą uznał za odrobinę niebywałe. Na co dzień raczej zakładała skórzane spodnie, gorset i koszulę. Dziś postawiła na suknię. Do ziemi, z wysokim kołnierzem i długimi rękawami, która nie odkrywała zbyt wiele. Na jej szyi spoczywał naszyjnik. Prawie się zachwycił i uchylił usta z uznaniem.
— Mam się bać? — Skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
Odwróciła się do niego, odkładając szczotkę na toaletkę.
— Nie. Chyba że masz na myśli mój gniew, gdy tylko nie uda ci się dostarczyć mi rzeczy z listy — odparła, biorąc z biurka rulon z dwóch lub więcej arkuszy pergaminu.
— Czyli mam gdzieś iść, tak?
— Nie gdzieś, tylko do starej siedziby. Do podziemia. Tam są wszystkie rzeczy z listy. Najlepiej by było, gdybyś wziął kogoś ze sobą.
— Dlaczego to ja mam tam iść? Przecież...
Coś ukazało się w jej oczach. Coś podobnego do tego, co widział w nich w dzień odkrycia tajemnicy jego i Élise.
— Po prostu zamknij się — mówiła, robiąc przerwy. — a teraz idź tam — podała mu rulon — i przydaj się na coś.
Przyjął go i rozwinął. Jeden z arkuszy pergaminu przedstawiał mapę, drugi zaś listę rzeczy, które miał dostarczyć. Między innymi megaskop, soczewki i księgi o tytułach, na których czytanie nawet się nie silił.
Uniósł wzrok, a wraz z nim brew.
— Czyli wysyłasz mnie po jakieś magiczne pierdoły jakby nigdy nic?
— A coś ty myślał? Że napijemy się wina, opowiemy, jak było przez ostatnie osiemnaście miesięcy, powspominamy dawne czasy, a na zakończenie pogawędki pójdziemy do twojej kwatery i poprzytulamy się w świetle świec okryci kocem?
Arno, bez pewności, czy czarodziejka czyta mu w myślach, czy po prostu tak dobrze zgaduje, uśmiechnął się krzywo w milczeniu. Czarodziejka zaś przewróciła oczami, jakby niedowierzając, że jej były partner zachowuje się jak dziecko.
— Po prostu idź już. Proszę cię. Potrzebuję tego, muszę skontaktować się z Lottą Mistle, nie mogę czekać.
— Tą, której nadano order Virtuti Militari za wykazanie się heroizmem podczas walk o ziemie Polski? — spytał.
— Tak, tą. — Spuściła wzrok. — Bądź ostrożny. Jedna rysa na soczewce i całą moją rozmowę z nią szlag trafi.
Westchnął. Miał nadzieję, że będzie się o niego martwiła, a nie o soczewki. Świadomość o pomyłce go zabolała. Już ją nie obchodził, teraz był tylko jej narzędziem, które dostarczy jej wszystkie potrzebne rzeczy, a potem będzie go miała w głębokim poważaniu. Rozumiał ją. Sam by tak zrobił, gdyby spotkało go coś podobnego.

III
Romans. Kiedy o tym myślała, zaczynała po prostu wyć. Poczucie winy i wyrzuty sumienia były na tyle bolesne dla jej psychiki, że miała wrażenie, że czuła go na swoim ciele. I duszy. I sercu. Nie potrafiła sobie wybaczyć tego, że do zdrady kiedykolwiek doszło. A kiedy dowiedziała się o tym, że poległa podczas bitwy, była załamana przez kilka miesięcy. A dowiedziała się o tym od Jean-Pierre'a, niedługo po zakończeniu walk. Pamiętała widok pola maków na szczycie podobne do koloru włosów jej przyjaciółki. Pamiętała wszystkie nazwiska na pomniku. Lubiła myśleć, że te maki, które były najbardziej czerwonymi kwiatami, jakie widziała w swoim życiu, wzrosły z krwi Polki, którą wylała podczas bitwy, by chronić siedzibę z wrodzonym u Polaków heroizmem. Walczyła, by chronić swój dom i przyjaciółki. Ile oddałaby, by być taka, jak ona.
Cicho nuciła. Wymruczana melodia opuszczała jej usta, gdy marzła na chłodnym powietrzu. Zawsze, kiedy przyjeżdżała, by wspomnieć poległe przyjaciółki, podziwiała te maki, którym niestraszne było zimno, wiatr, upał, czy ulewne deszcze. Były niepokonane. Jak czarodziejka, z którą jej się kojarzyły.
Jej ramiona owinęły się wokół niej. Pocierała swoje ręce, starając się ogrzać. Ale stała tam, dopóki nie skończyła nucić pieśni o czerwonych makach na Montmartre.
— Élise? Co ty tu robisz? — Usłyszała zza siebie głos Arna.
Nie odpowiedziała, nie odwróciła się, wciąż nuciła, a on cierpliwie czekał. Kiedy jej usta opuściła ostatnia nuta, jej głowa poruszyła się, a potem całe jej zmarznięte ciało. Odwróciła się do niego. Jej oczy objawiały smutek.
— A ty? — spytała cicho, ocierając samotną łzę, która spłynęła po jej policzku.
— Alex wysłała mnie po kilka rzeczy.
Jej oczy się rozszerzyły, kiedy usłyszała imię bliskiej jej czarodziejki. Po chwili jednak ogarnął ją niesamowity gniew.
— Kiedy miałeś zamiar powiedzieć mi, że jednak żyje i jest we Francji? — wrzasnęła. — To ja tu ją opłakuję, wciąż myślę o tym, że gdyby nie ten pierdolony romans, to ona by żyła, a ty dopiero teraz mi mówisz, że Alex nic nie jest?!
— Zacznijmy od tego, że przez ostatnie kilka dni nie było z nią najlepiej. Zresztą, sam porozmawiałem z nią dopiero dziś. I gdyby nie fakt, że potrzebuje megaskopu, soczewek i kilku ksiąg, to pewnie do dziś bym z nią nie porozmawiał.
Ruszyli w kierunku siedziby. Jedna rzecz nie dawała jej spokoju. Mianowicie, co działo się z Alex przez ostatnie dni, skoro nie było z nią najlepiej.
— Co masz na myśli, mówiąc, że z Alex było źle? — spytała, marszcząc brwi.
Westchnął. Przypomniał sobie, jak widział ją schodzącą do kawiarni po to, by zapić głód kawą, a potem wracała do sypialni i nie wychodziła stamtąd przez resztę dnia. Była wyczerpana, ledwo trzymała się na nogach. Jej oczy były podkrążone, włosy, które wcześniej były związane w wysoki kucyk, były roztrzepane, a kokarda ledwo je trzymała na miejscu.
— Przechodziła załamanie. Pewnej nocy przyśnił jej się koszmar. Pamiętam, jak wołała imię Alice przez sen. Potem z nią rozmawiała.
— A ty pewnie nie miałeś odwagi, żeby do niej wejść i wyprzedzić Alice, co? — spytała, choć jego twierdzące kiwnięcie głową nie zdziwiło jej.
Sama wahałaby się i pewnie nie poszłaby do niej. Bałaby się odtrącenia po tym wszystkim, co się stało. I nie miałaby jej tego nawet za złe. Gdyby ktoś zrobiłby jej coś podobnego, też nie mogłaby patrzeć na tę osobę.
— Pomyśleć, że wystarczyłoby powstrzymać się od bliskości, a tego wszystkiego by nie było — wyszeptała.
— Pomyśleć, że gdyby nie to, że odkryła nasz romans, to nie musiałaby przeżywać tego, co teraz. — Prychnął pod nosem.
— Bum! — Pokazała rękami wybuch. — Efekt motyla.

IV
Pomógł jej zeskoczyć do wyrwy w podłodze, która prowadziła prosto do podziemi siedziby. Od skarbca dzielił ich ciemny korytarz, który zaczęli w milczeniu przemierzać.
Korytarz nie był długi. Po kilku chwilach się zakończył. Od piwnicy dzieliły ich żelazna brama i troll skalny, którego polskie czarodziejki, od których przyjechał pod długim czasie do Francji, nazwały Gerwazym.
Nie był jakoś wyjątkowo inteligentny. Rozwijał się niesamowicie powoli, co skutkowało tym, że zachowywał się jak małe dziecko, które raczej bardziej naśladowało drugą osobę, niż faktycznie czegoś się uczyło. Mówił powoli, mówiąc o sobie w trzeciej osobie. Miał krótką pamięć, a jego ufność nierzadko pakowała go w kłopoty. Zresztą, nie tylko jego, ale i czarodziejki, dla których służył wcześniej. Dlatego, gdy tylko trafił do francuskiej Loży, czarodziejki domyśliły się, że opiekę nad nim musi sprawować ktoś o anielskiej wręcz cierpliwości. I zrozumiał, dlaczego to Alex się nim opiekowała dopiero wtedy, gdy zaczął być z nią w związku. Tej dziewczynie cierpliwości z pewnością nie brakowało, a była ona na tyle duża, by nauczyć Gerwazego, którego czasem pieszczotliwie nazywała „Gerwazeńkiem", jak powinien się zachowywać oraz jak rozpoznać wroga.
Troll zbudził się po usłyszeniu kroków. Podniósł się z kamiennej ziemi i się rozejrzał.
— Pani czarodziejka? — pytał, mając nadzieję na zobaczenie czarodziejki, która się nim opiekowała.
— Nie, to nie ona — oznajmił Arno. — To ja, Gerwazy. Arno. Pamiętasz mnie jeszcze?
— Gerwazy cię nie pamięta. Gerwazy pamięta rudą dziwkę — zwrócił się w kierunku Élise. — Pani czarodziejka często mówiła Gerwazemu o rudej dziwce.
— Świetnie — warknęła Élise. — Nawet troll ma mnie za kurtyzanę.
Arno spojrzał na Élise przepraszającym wzrokiem, a potem znów zwrócił się do Gerwazego.
— Alex potrzebuje soczewek, megaskopu i kilku ksiąg. Czy moglibyśmy wejść i je wziąć? — spytał.
— A udowodnijcie Gerwazemu, że jesteście przyjaciele. Zaśpiewajcie Gerwazemu kołysankę. Taką jak pani czarodziejka.
Arno warknął cicho pod nosem, a Élise usiadła na jednym z kamieni, krzyżując pod sobą nogi. Westchnęła cicho i zaczęła mu śpiewać ostatnią kołysankę, którą zapamiętała. Gerwazy usiadł na ziemi, ciesząc się jak mały dzieciak. Klaskał w swoje kamienne dłonie i kołysał się do słów kołysanki. Arno nie wiedział, czy się śmiać, czy raczej pozostać poważnym. Zawsze sam wygląd trolla go przerażał. I nie chciał sprawdzać, czy troll, mimo że oswojony, za obrażenie go, nie uderzy.
Przy drugiej zwrotce piosenki, Gerwazy zaczął śpiewać razem z Élise, coraz bardziej się ciesząc. Wyglądała na nieco rozbawioną całą sytuacją.
— Ruda dziwka zaśpiewała! Gerwazy pozwala wejść! — mówił uradowany, odsuwając bramę.
Weszli do środka. Pomieszczenie było pełne różnych specyfików, ksiąg, starych mebli i magicznych przedmiotów. Wszystkie starannie ułożone i dość niewyraźnie podpisane. Arno domyślił się, że musiał to zrobić Gerwazy. Z opowieści Alice wywnioskował, że czarodziejki wyniosły się z siedziby niedługo po bitwie. Gerwazego musiały zostawić, by bronił rzeczy, które zostały w piwnicy.
Wzięli jeden z wielkich koszy, by móc włożyć do niego wszystkie rzeczy. Arno znalazł soczewki i wziął ich tyle, ile potrzebowała czarodziejka. Élise z kolei megaskop. A potem oboje zaczęli szukać odpowiednich ksiąg w całej ich stercie, co okazało się dużo trudniejszym, niż na początku się wydawało. Znaleźli dwie z pięciu ksiąg. Trzech pozostałych nie mogli nigdzie znaleźć.
— Pomóc rudej dziwce i panu w kapturku? — spytał, wchodząc do środka.
„Och, jeżeli Alice się dowie, co tutaj zaszło, będzie miała czym mnie prześladować”, pomyślał, zaciskając powieki.
— Potrzebujemy jeszcze trzech ksiąg z tej listy. Dokładnie tych — rzekł, pokazując trzy pierwsze tytuły książek.
— A! O...
— Co się stało, Gerwazy? — zapytała Élise.
— Gerwazy zapomniał, gdzie położył. — Spuścił głowę. — Gerwazy przeprasza.
Élise zachichotała cicho i podeszła do trolla, kładąc dłoń na jego kamiennym garbie.
— Nie martw się, znajdziemy je. Może ci się przypomni? — Uśmiechnęła się do niego.
— Tak. Przypomni.

V
Szukanie odpowiednich ksiąg zajęło im przynajmniej dwie godziny. Znalezienie ich wśród wielu tysięcy książek było jak wspinanie się na wysoki szczyt. Cholernie trudne oraz praco i energochłonne. Zarówno Élise, jak i Arno, czuli się jak po przebiegnięciu maratonu, a nie siedzeniu na ziemi i przeglądaniu tytułów ksiąg.
Kiedy weszli do Café-Théâtre i zdali sobie sprawę, że żeby dostać się do sypialni Alex, muszą wejść po schodach, ręce im się załamały i odechciało im się żyć. Stanęli na korytarzu i spojrzeli na siebie z załamaniem w oczach.
— Och! No w końcu! — usłyszeli głos Alex i spojrzeli w jej stronę. Unosiła magią kosz. — Cześć, Élise — przywitała ją z uśmiechem i odeszła od schodów.
Oczy templariuszki się rozszerzyły. Przywitała ją? Bez sarkazmu, nienawiści czy żalu w głosie? A nawet z pewną... radością?
Élise i Arno spojrzeli na siebie z zaskoczeniem i weszli po schodach, zmierzając do sypialni czarodziejki. Wyjmowała z kosza wszystkie przedmioty. I nagle jej brwi zmarszczyły się, oczy zmrużyły, usta wykrzywiły się w grymasie wściekłości, a opuściło je siarczyste, głośne przekleństwo. „Cholera”, pomyślał. „Co tym razem?”.
— Bardzo daliśmy ciała? — spytał, w duchu przerażony gniewem dziewczyny.
— Dupy — warknęła czarodziejka. — Daliście dupy! I to nie tylko w przenośni. Dosłownie! — Wyrzuciła ręce w powietrze. — No i po mojej rozmowie z Lottą.
Élise spuściła wzrok i chwyciła swój bark.
— Przepraszamy. Staraliśmy się — szepnęła, patrząc na podłogę.
Czarodziejka westchnęła, próbując się uspokoić. Pierwszy raz od zdrady nie chciała być wredna. I odnowić stosunki z Élise, by były przynajmniej koleżankami, a nie rywalkami. Był tego jeden mały powód, ale Élise nie musiała o tym wiedzieć. 
Odłożyła zarysowaną soczewkę i spojrzała na Francuzkę.
— Wiem — powiedziała spokojnie. Templariuszka spojrzała na nią, gdy czarodziejka posyłała jej nieznaczny uśmiech. — Chyba to się trochę przedłuży. Ale trudno.
Élise spojrzała na Arna z zaskoczeniem na twarzy, a on tylko wzruszył ramionami. Nie miał pojęcia, co się właśnie działo. Spodziewał się wrogiego nastawienia, krzyków, sarkazmu, ironii i wyzwisk. A ona rozmawiała z nią... normalnie. „Coś mi tu nie pasuje”, pomyślał. Zawsze walczyła o swoje. Czy uczucie przyjaźni było u niej tak potężne, że nawet teraz, po tym wszystkim, była w stanie po prostu wybaczyć?
— Arno, zostaw nas — powiedziała do asasyna, który tylko kiwnął głową i wyszedł z sypialni. Élise rozchyliła usta w zaskoczeniu i spojrzała na czarodziejkę, która z szuflady wyjmowała coś w rodzaju plastra i usiadła na łóżku, biorąc zarysowaną soczewkę w dłonie.
— Przepraszam — odezwała się. — Alex, tak bardzo cię przepraszam. To, co się stało rok temu... to nie powinno mieć miejsca, ja...
— W porządku. Rozumiem. Gdzie namiętność, tam ogień. Gdzie ogień, tam ktoś musi się sparzyć — odparła, naklejając plaster na kryształ i kładąc go blisko okna. — Kiedy emocje opadły, stwierdziłam, że jeżeli oboje byście mnie przeprosili, to... byłabym w stanie wybaczyć. Nie wiem, jak Alice, ale...
Jej wypowiedź przerwało objęcie szczęśliwej templariuszki i jej ciche łkanie. Czarodziejka położyła swoją dłoń na jej plecach i pogładziła je. „Odzyskałam swoją przyjaciółkę”, pomyślała Élise. „W końcu ją odzyskałam”.

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej!

    Przeczytałam i robię znaczące postępy :)
    Hip hip hura!

    Generalnie jakie to standardowe myślenie faceta...
    Kocyk, świece, winko i wszystko dobrze. Nie ma i nie było żadnego problemu. Normalnie wziąć i ubiczować jak prosiaka! :D

    No i oczywiście moje ulubione tłumaczenie "to nie tak, jak ci się wydaje" .
    Jasne, bo kobiecie zawsze się wszystko źle wydaje.
    A najlepiej, żeby jej się nic nie wydawało i wierzyła w to co usłyszy!

    Jestem wzburzona, ale i usatysfakcjonowana :D

    Pozostaje mi czekać...zatem będę czekać!

    Ściskam cie z całej siły!

    OdpowiedzUsuń