piątek, 22 lutego 2019

Na śmierć i życie

I
Ciemność spowijała dwie osoby, przebywające w łódce. Jedną z nich była kobieta, leżąca, jęcząca z bólu, który nie pozwalał jej zasnąć, co skutkowało wycieńczeniem. Nie mogła nawet podnieść ręki, by odrobinę poprawić swój stan. Drugą osobą zaś był wysoki, szczupły mężczyzna o włosach długich, sięgających do lędźwi i uszach spiczastych, jak u elfa, który stał, starając się jak najszybciej dostać na styk dwóch mórz, gdzie był portal między światami. Nie mogli nawet zapalić lampy, nie mogli zostać wykryci.
— Lorianie — odezwała się ochrypłym szeptem — zimno mi. 
Spojrzał na nią. On również czuł morski chłód, szczególnie na jego uszach, których w żaden sposób nie mógł zasłonić włosami, i na policzkach. Zdjął z siebie zdobiony kaftan, wzdrygając się, gdy poczuł na ramionach okrytych lnianą koszulą zimne powietrze. Odetchnął, jego oddech parował, przypominając dym. Okrył ją, uważając na paskudzącą się ranę, szpecącą jej bladą skórę na dekolcie i piersiach. Jęknęła cicho z bólu i przyjemności, jaką dawał jej ciepły, przyjemny w dotyku materiał. Próbowała ułożyć się tak, by było jej wygodniej, niestety jej ruch spowodował niesamowicie bolące uczucie wywołane poobijanymi lub też połamanymi żebrami. Gdy leżała pod złym kątem, każdy drobny oddech powodował wyraźny, bolesny dyskomfort. 
— Już jesteśmy blisko, D’ardaigh. Jeszcze chwila — szepnął do niej, wciąż nieustannie wiosłując i czując, jak sztywnieją mu dłonie od zimna. 
Położył na chwilę wiosło i z kieszeni spodni wyjął ocieplane futrem skórzane rękawice. Westchnął z ulgą, wracając do wiosłowania. W końcu dostrzegł miejsce, gdzie stykały się dwa morza. Nie było to trudne, nawet w absolutnej ciemności było widać, że jedno jest bardziej przejrzyste od drugiego. Łódź odbiła się od niewidocznej ściany, a elf otworzył portal, przez który przemieścili się między światami. Od brzegu dzielił ich mniej więcej kilometr. Niewiele, ale z cierpiącą czarownicą i ze szpilkami morskiej bryzy, które wbijały się w skórę nawet przez materiał, było to trudne i nieprzyjemne. 
Dopłynęli w końcu do brzegu. Bez wysiłku podniósł ranną dziewczynę, która krzyknęła, kiedy przez przypadek naruszył jej żebra i dotknął przez materiał brudnej, bordowej sukienki z farbowanego lnu bolące jak piekło oparzenia i siniaki. Zwinęła palce zmarzniętych stóp i przymknęła oczy. Lorian wyszedł z łódki z czarownicą na rękach i zaczął zmierzać do chaty rybackiej, przez której okna biło pomarańczowe światło. Kiedy stanął przed drzwiami, kopnął je delikatnie kilka razy. Poczekał chwilę, a w drzwiach stanął stary rybak. Ostrzyżony był krótko, zaś broda sięgała mu brzucha. Wyglądał na wybudzonego z bardzo spokojnego, błogiego snu.
— Przepraszam, proszę pana — zaczął Lorian.
Och, jak był jej wdzięczny, że uczyła go języków, które obowiązywały w tym świecie, by mógł porozumieć się z ludźmi, gdy już uciekną z carskiego więzienia. 
— Potrzebujemy pomocy — szepnął, a mężczyzna wyszedł, zamykając za sobą drzwi i kazał mu iść za sobą. 
Miał maleńkie gospodarstwo, podwórko, po którym biegało kilka kur i małą pasiekę. Na tyłach jego posesji stała średniej wielkości stodoła, do której ich wpuścił. Kazał mu chwilę poczekać, a gdy wrócił, w rękach trzymał dwa prześcieradła, dwie poduszki, a młoda dziewczyna, która przyszła razem z nim, ledwo co obudzona, miała w rękach dwie ciepłe pierzyny. Położyli prześcieradła na sianie wraz z poduszkami i pierzynami, a Lorian położył dziewczynę na jednym z nich. Znowu jęknęła, a kiedy córka lub też wnuczka mężczyzny zobaczyła paskudnie wyglądające oparzenie, które w żadnym wypadku nie miało zamiaru się goić przez zakażenie, i rozpaloną twarz dziewczyny, wybiegła ze stodoły i nie wracała przez kilka minut. Elf, starając się zakryć swoje uszy, kucnął i położył dłoń na jej czole. Prawie przeklął po celtycku, zdając sobie sprawę, że nie było szans, by wytrzymała dłużej, a jej los zostanie przesądzony w ciągu tej jednej nocy i albo jej stan się poprawi, albo umrze. 
Blondynka, która wyszła ze stodoły, wróciła z poszarzałą szmatką i metalową miską pełną lodowatej wody, wręczając ją Lorianowi. Ten przyjął ją z wdzięcznością i namoczywszy tkaninę w wodzie, przyłożył ją do gorącego czoła młodej kobiety. To musiało na razie wystarczyć. Była silna, to fakt, lecz tej nocy mogła nie wytrzymać. Wtedy właśnie spytał o korę wierzbową, kwiaty bzu i czy mogliby przygotować napar. Dziewczyna znów wybiegła, a mężczyzna powiedział, że gdyby potrzebowali czegoś jeszcze, czy to do picia, czy jedzenia, by chłopak się nie krępował i przyszedł. Potem wyszedł, zostawiając ich samych.
— Lorianie, czy ja umrę? — spytała.
— Nie mów tak, D’ardaigh.
— Powiedz mi prawdę — odrzekła, a jej twarz wykrzywiła się w zbyt gwałtownym wypowiedzeniu słów.
— Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi — odparł, przejeżdżając dłonią po jej włosach.
— Jesteś jedyną osobą, której ufam. 
Uśmiechnął się w duchu, a wtedy do środka wróciła złotowłosa z kubkiem gorącego naparu, który podała Lorianowi i opuściła pomieszczenie. Podniósł ją ostrożnie do pozycji siedzącej i trzymając kubek blisko jej ust, przechylił go. Łyczek po łyczku wypiła całą zawartość kubka, który potem odstawił i przykrył ją należycie pierzyną. 
Po zamknięciu drzwi w stodole było całkiem ciepło. Nie tak gorąco, by nie mogli zasnąć, ale i nie zimno, by się nie wyziębić. Siano może i nie było najprzyjemniejszym, na czym mogli spać, ale było to znacznie lepsze, niż podłoga lub kamień, na którym byli zmuszeni spać w lochach. 
— Spróbuj zasnąć, D’adraigh. 
— A ty? 
— Będę się tobą opiekował i czatował — oznajmił jej. 
— Nie śpisz od kilku dni. Zaczynam się martwić — przerwała, łapiąc bolesny oddech. — Nie chcę, żeby coś ci się stało. 
Och, jak było to urocze, że tak się o niego martwiła. Była pierwszą i prawdopodobnie ostatnią taką osobą. Matki ani ojca nie miał, gdyż zginęli z rąk łowców nieludzi, przez których zresztą on i dziewczyna wylądowali w carskich lochach. Przyjaciół stracił podczas licznych, publicznych egzekucji, a wszyscy ludzie, z którymi się przyjaźnił, byli zmuszeni się od niego odwrócić. Aż pojawiła się ona. Jego D’adraigh. Poparzona, poturbowana, ale chętna do tego, by z tego piekła uciec. Bez użycia magii, której w lochach nie dało się używać, gdyż nie pozwalała na to architektura i ściany więzienia, było to trudne, ale udało im się. Jednak istniała możliwość, że ta jego D’adraigh umrze. I znów zostanie sam. Na długie, długie, długie lata. 
— Proszę, idź spać — wyszeptał.
— A zaśpiewasz mi tę elficką kołysankę? Skoro mogę dziś umrzeć, to chcę ją usłyszeć po raz ostatni. 
Zachichotał cicho i usiadł po turecku, wystukując palcami rytm i śpiewając cichą piosenkę, którą znał każdy elf, wampir, nawet strzyga. Jako elf głos miał niebiański i żałowała, że nie mogła usłyszeć, jak gra na lirze, bo ten instrument kochał. Jego wygląd, jego brzmienie, klasyczność w celtyckim świecie. 
Zapomniała o bólu, oddała się jego głosowi, zamykając oczy i marząc o tym, by wrócić do zdrowia, by móc spotkać swoich przyjaciół, by mogła przed śmiercią wybaczyć tym, którzy ją zranili. By jeszcze raz ujrzeć oczy szmaragdowe, orzechowe i te fiołkowe, należące do Loriana. By mogła spojrzeć jeszcze raz na swoją matkę, przytulić się do swojego ojca, który pachniał wodą kolońską i tytoniem, by utulić swojego brata i zmierzwić jego kręcone włosy, by podrapać swoją psinkę za uchem i poczuć, jak wtula się w nią, gdy wchodziła do jej łóżka, na co zresztą nie narzekała. Wręcz przeciwnie. W zimowe noce było to zbawieniem. Chciała wrócić do swojego dawnego życia. Kawa z przyjaciółkami, objęcia jej partnera, kochające przytulenia jej ojca. Chciała żyć. Tak jak dawniej. 

II
Zmarszczyła brwi i otworzyła powoli oczy. Jakie było jej szczęście, kiedy dostrzegła, że jest w stodole i żyje. Potem ogarnął ją zachwyt, gdy okazało się, że nic ją nie boli, kiedy poruszała się lub oddychała. Podniosła się szybko, lecz w połowie próby siadania, zatrzymał ją niewielki ból w klatce piersiowej.
— Uważaj, D’adraigh. Jeszcze nie wszystko do końca się zagoiło. Zadbane rany na zewnątrz zagoiły się, ale żebra muszą jeszcze dojść do siebie. — Usłyszała głos Loriana, siedzącego po jej lewej stronie na kilku stogach siana z zatemperowanym węglem w ręku i szkicownikiem opartym o kolana. 
— Rysujesz mnie? — spytała z zalotnym uśmieszkiem.
Elf speszył się, spuszczając wzrok, opuszczając delikatnie wzrok i rumieniąc się soczyście; nie tylko na policzkach. Jego uszy wyglądały jak dwa spiczaste, czerwone radary, wystające zza czarnych jak noc włosów. Czarownica zachichotała cicho i ostrożnie; tak, by nie naruszyć wciąż gojących się żeber. 
— Jesteś uroczy — odparła, a on zaczerwienił się jeszcze mocniej. Kolor jego policzków przypominał odcień włosów dziewczyny, która siedziała przed nim na prześcieradle.
Lorian, choć nie wyglądał, był elfem bardzo wstydliwym. Kiedy odkrywała, co robił lub obdarowywała go komplementami, peszył się niemiłosiernie, co skutkowało rumieniami na policzkach i uszach, które to na jego alabastrowej cerze można było dostrzec już z daleka. A im bardziej brnęła w komplementy i im bardziej chciała zobaczyć, co robi, tym robił się bardziej czerwony, czego skutkiem była cała czerwona twarz i szyja, i dziękował bóstwom, że nie mógł się rumienić bardziej, gdyż to nie zakańczało poczynań czarodziejki. Wręcz przeciwnie.
— Mogę zobaczyć? — zapytała, przekrzywiając głowę.
Spojrzał na jej podobiznę na papierze, a jego twarz przypominała kolorem dorodnego, soczystego pomidora. „Bogowie, co za wstyd”.
— Nie… Znaczy. Um… cóż. To nie jest mój najlepszy rysunek. Nie chcę, byś widziała coś, co nie jest dobre — jąkał się, patrząc nerwowo na boki.
Zmarszczyła brwi.
— Lorianie, pokaż mi, bo będę zmuszona tam do ciebie wejść, a chyba nie chcesz, by coś mi się stało, prawda? 
„Manipulatorka”, pomyślał, znów spojrzawszy na rysunek. Westchnął ciężko i z zawahaniem podał jej szkicownik. Kiedy spojrzała na rysunek, zaśmiała się cicho, po czym podparła brodę na ręku i uśmiechnęła się szeroko. 
— Mówiłem, że nie jest to najlepszy rysunek, jaki stworzyłem — szepnął, patrząc z ukosa.
— Jest bardzo dobry — odparła. — Tylko nie wiedziałam, że jestem taka ładna. 
Gdyby nie zżerał go wstyd, powiedziałby, że owszem, jest ładna. Może nie najpiękniejsza, ale urodę miała taką, że zapadała w pamięci i potrafiła się śnić przez wiele dni, w przeciwieństwie do tych klasycznie pięknych, o których zapominało się już po pierwszym spotkaniu. 
— Zapomniałbym. — Odchrząknął. — Elizabeth przygotowała dla ciebie kąpiel i nowe ubrania.
— Elizabeth? 
— Wnuczka mężczyzny, który nam udostępnił tę stodołę.
— A… hm. Jak długo spałam? 
Zastanawiał się, co jej powiedzieć. Od ich przybycia do Calais minęło pięć dni. W tym czasie Elizabeth pomogła mu przywrócić czarownicę do zdrowia. Elizabeth była czarodziejką, tak samo, jak D’adraigh. Specjalizowała się w leczeniu magią, więc udało jej się pozbyć zakażenia, większości oparzeń, poskładać żebra, obniżyć gorączkę i w konsekwencji załagodzić ból. Nie pozostały żadne blizny, oprócz jednej. Ogromna, która rozciągała się po jej dekolcie i zahaczała o piersi. 
— Spałaś kilka dni, ale przynajmniej masz się już lepiej. 
— I to wyjaśnia, dlaczego czuję się tak wypoczęta.
Lorian zaśmiał się cicho i zszedł do niej, pomagając jej wstać i prowadząc do chaty. Dotarli do niewielkiej łazienki, gdzie Lizzy wlewała gorącą wodę do wanny z cyny. Uśmiechnęła się, widząc przytomną czarodziejkę. Zaproponowała jej, że pomoże w kąpieli, lecz dziewczyna tylko uśmiechnęła się i odmówiła, mówiąc, że to Lorian jej pomoże. Jego mina wyrażała zdezorientowanie i był nieświadomy, że znowu jego uszy zaczerwieniły się i zaczęły drgać. Elizabeth zaśmiała się melodyjnie i opuściła łazienkę, mówiąc, gdzie leżą ubrania, w które to rudowłosa mogła się później przebrać. 
Rozwiązała dwa sznurki, które związywały dekolt bordowej sukienki i zdjęła ją przez głowę, odsłaniając obandażowane piersi oraz bieliznę. Zakrył oczy dłońmi i poczekał, aż się rozbierze do naga. 
— Pomożesz mi wejść? — spytała, a on na te słowa przełknął nerwowo gulę w gardle.
Pokiwał głową, odsłaniając zamknięte oczy i podchodząc do niej. Złapała jego ramię i uniosła nogę, zatapiając ją w wodzie. Potem zrobiła to samo z drugą i usiadła w wannie, po czym oparła się o wezgłowie i westchnęła z przyjemnością. Lorian zaś odsunął się i usiadł na stołku, który stał pod ścianą, otwierając oczy i wzdychając z ulgą, że wanna zakrywa jej całą goliznę. 
Nie pamiętała, kiedy ostatnio kąpała się w gorącej wodzie. Nie pamiętała nawet, kiedy w ogóle się kąpała. Kiedy przebywała w lochach, owszem, myła się, ale w ciągu kilku miesięcy zrobiła to tylko kilka razy, gdy miała na to siłę. Poza tym woda była nalewana do metalowych misek, a było jej tyle, że starczało co najwyżej na obmycie ciała starą szmatą i opłukanie włosów. Poza tym była lodowata, więc nie było w tym nawet krzty przyjemności. To było w końcu coś, co mogło ukoić jej ciało i w czym mogła się umyć należycie. Namydliła swoje ciało i dotknęła blizn na dekolcie. Westchnęła. Naprawdę nie interesowało ją, że ona tam była, ot, zwykła blizna, ale nie byłaby zła, gdyby jej tam w ogóle nie było. 
— Czy ona mnie oszpeca? — zapytała, unosząc się i zakrywając swój biust. 
Uniósł swój wzrok z kolan i spojrzał na nią. 
— Nie. 
— Na mały paluszek? — spytała się, uśmiechając delikatnie i wystawiając mały palec.
„Dorosła kobieta z umysłem pięciolatki”, pomyślał i zaśmiał się na tę myśl. Podszedł do niej, kucnął i splótł ich małe palce, patrząc w jej zielone oczy.
— Na mały paluszek. 
Zaśmiali się razem, a potem wstał i chciał znów usiąść na stołku, gdy dziewczyna zdjęła rękę z piersi i ochlapała go wodą. Wydał z siebie okrzyk sprzeciwu, po czym wrócił do niej, włożył rękę do wody i odpłacił jej się tym samym. Takie przekomarzania trwały chwilę, dopóki nie przekręciła ręki. Z wanny wynurzyła się duża kula z wody, którą w niego celowała. Podniósł natychmiast ręce w geście obronnym i kapitulacji. Opuściła rękę, uśmiechając się uroczo. 
— Wszystko w po… och. — Usłyszeli głos speszonej Elizabeth. — Przepraszam. 
— W porządku, mieliśmy małą wojnę — zapewniła.
— Na śmierć i życie. 

1 komentarz: