I
Szukał jej pół roku z ogromną nadzieją, że ją odnajdzie. Nie miał dla niej wyjaśnień. Wtedy, owszem, chciał to jakoś wytłumaczyć. Może nawet bardziej sobie niż jej, bo sam nie wiedział, jak doszło do tego, że zdradzał ją rok i to z całkiem sporym okładem. Zaczął myśleć dopiero wtedy, gdy ich przyłapała. I nie potrafił sobie wybaczyć tego, że ani nie przyznał się wcześniej, ani tego, że romansu nie przerwał, ani, że nie udało mu się jej zatrzymać. Nie potrafił sobie wybaczyć, że stracił jedną z ważniejszych dla niego osób przez jego własną głupotę.
Wszedł do baru. Z sercem w gardle przemierzył wąskie przejścia między stolikami, przy których ludzie, w głównej mierze mężczyźni, pili alkohol i grali w karty, popalając tytoń. Obejrzeli się za nim, jakby zobaczyli śmiecia lub wyrzutka społeczeństwa. I tak się czuł. I czuł będzie, dopóki mu nie wybaczy. W najgorszym wypadku do końca życia.
Podszedł do baru i usiadł na stołku, zdejmując kaptur.
W jego stronę odwrócił się barman. Odrobinę tęższy mężczyzna, ze zmęczoną twarzą, odrobinę posiwiały, z kozią bródką.
— Coś podać? — spytał.
— Nie, dziękuję. — Zrobił przerwę i nabrał powietrza. — Szukam dziewczyny. Czerwone włosy, jadeitowe oczy, ubrana w czerwień i czerń. I... może to zabrzmi dziwnie.... ale unosiła się za nią woń piwonii i frezji.
— Widziałem tu taką. Jakoś ponad rok temu.
Zawiódł się. Myślał, że była tu ostatnio, a jednak.
— A wie pan, gdzie może być teraz? — spytał.
— Przykro mi, młodzieńcze.
Odchylił głowę do tyłu, a mężczyzna podszedł do klienta. Wstał i skierował się do wyjścia, lecz wtedy usłyszał, jak ktoś woła go z jego prawej strony. Odwrócił głowę w tę stronę. Jego oczom ukazał się mężczyzna, który podniósł rękę, by pokazać, że to on go woła. Podszedł do niego i usiadł przed nim. Był przystojny, dłuższe kosmyki jego jasnych włosów opadały na jego szare oczy. Ubrany był gustownie, w drogi, zdobiony surdut, z filcowym kapeluszem na głowie, z którego wystawało pawie pióro. Jego twarz przyozdabiał czarujący uśmiech, a szare oczy wyglądały na mądre i miały w sobie pewien błysk.
— Gabriel O’dean. — Wyciągnął do niego rękę.
— Arno Dorian. — Chwycił ją i potrząsnął.
— Szukasz Aleksandry Larch, hm? — spytał, a Arno kiwnął głową. — Cóż, dużo się zmieniło w ciągu tego roku.
— Co dokładnie?
Mężczyzna kiwnął głową na barmana, a potem spojrzał na Arna. Zaczął obracać monetą między palcami, patrząc na nią z niewielkim uśmiechem.
— Bitwa pod Montmartre, zniesiono Grande Loge des Magiciennes, czarodziejki przeniosły się do Siedmiogrodu. Właściwie, we Francji, z setek czarodziejek, zostało tylko kilka. A o dziewczynie nic nie wiem, niestety; ale wiem, kto może ci coś o niej powiedzieć.
— Czy może mnie pan do tej osoby zaprowadzić? — spytał głosem pełnym nadziei.
— Proszę za mną.
II
Znaleźli się pod gmachem gigantycznej posiadłości z czerwonej cegły. Bordowy dach lśnił pod wpływem pomarańczowego, zachodzącego słońca. Wielkie okna ujawniały jakąś niewielką część środka. W drzwiach balkonowych stała doskonale znana mu Alice Liddell. Zielonooka ślicznotka ubrana w czerń i biel zwróciła na niego swoją uwagę. Kiwnęła na niego głową, jakby niewerbalnie chciała mu przekazać, że może wejść do środka. Potem odwróciła się, odchodząc od drzwi.
Spojrzał na O’deana, który uśmiechnął się nieznacznie. Podszedł i zapukał do drzwi. Czekał dłuższą chwilę i już chciał zapukać jeszcze raz, gdy te otworzyły się, a w wejściu stanęła młoda dziewczyna, na oko czternasto- lub piętnastoletnia. Jej brązowe włosy były schludnie spięte, ubrana była w pomarańczowo-błękitną suknię, a ogromne, niebieskie oczy patrzyły na niego podejrzanie, gdy uniosła nieco głowę, by złapać z nim kontakt wzrokowy.
— Pana godność? — spytała dziewczęcym głosem.
— Arno Dorian.
Dziewczyna przesunęła się i wpuściła go do środka. Ciepło mrowiło jego zmarzniętą od wieczornego chłodu skórę, a zapach cynamonu i pomarańczy, który unosił się w powietrzu, kojarzył mu się niezwykle przyjemnie; z domem rodzinnym, świętami. Z marmurowych schodów zeszła Alice, której sukienka opinała jej biodra i uda, a gorset podkreślał jej niesamowicie wąską talię.
— Jennie, zostaw nas — odezwała się do nastolatki, która dygnęła przed nią i się oddaliła. — Proszę za mną.
Arno zaczął podążać po schodach, oglądając obrazy, które wisiały na ścianie. Wiele z nich przedstawiało bitwę; rzucające zaklęcia czarodziejki, oddziały żołnierzy, asasynów, ogień, dym. Gdzieś w tłoku czarownic dostrzegł czerwone włosy, jak ogień, którym władała, dziewczynę ubraną w czerwień oraz czerń. Inne z obrazów przedstawiały Radę zniesionej Loży. W tym, oczywiście, Alex, jedną z ważniejszych w Radzie.
Weszli do pomieszczenia, w którym wcześniej stała kruczowłosa czarodziejka. Pokój ten był biblioteką, łudząco podobną do tej w rezydencji de la Serre’ów. Kilka półek z książkami, niskie komody, sosnowe biurko, które stało w rogu przy drzwiach balkonowych z wygodnie wyglądającym krzesłem. Pośrodku pomieszczenia stała kanapa, a obok niej, pod kątem dwa fotele. Na ścianach wisiały kolejne obrazy, tym razem czarodziejek i czarodziejów ważnych dla świata magicznego.
Podeszła do biurka, na którym stała taca, a na niej imbryk z herbatą, cukier, filiżanki oraz sernik, oblany deserową czekoladą. Wlała herbatę do dwóch filiżanek i zapytawszy Arna o ilość cukru, posłodziła obie herbaty. Następnie, podawszy mu porcelanę do ręki, usiadła wygodnie w fotelu, wygładzając ciemną spódnicę i zakładając nogę na nogę.
— Miło cię widzieć — rzekł cicho.
— Co cię do mnie sprowadza? — odparła ozięble.
Chłód i erotyzm jej głosu mieszały się ze sobą, sprawiając, że jej głos mroził go i palił w tym samym czasie. „Élise”, pomyślał „Pamiętaj o Élise”.
— Podobno wiesz coś o Alex.
Wstała, trzymając spodek wraz z filiżanką w alabastrowych dłoniach. Stanęła przed oknem. Milczała.
— Nie widziałam jej od czasu bitwy — szepnęła, stawiając filiżankę na parapecie. — Poległa, kiedy broniłyśmy Montmartre — dodała po chwili.
— Co?
— Chorągwie. Ogień. Wybuchy. Silna magia. Wystrzały z muszkietów. — Jej głos złagodniał. — Ciężko ranne i martwe czarodziejki, nieżywi asasyni. Krzyki bólu, walki i rozpaczy. Wszędzie krew i kończyny oderwane od ciał. Wszystko pamiętam, jakby stało się wczoraj.
Słuchał z niespotykaną u niego uwagą. Brzmiało to jak piekło, o którym nie słyszał, gdyż nie był na miejscu, gdy trwała bitwa pod Montmartre. Był w Calais, by wypełnić misję, przez którą przebywał tam miesiąc. Kiedy wrócił do Café-Théâtre, nie było tam ani jednego asasyna. Był on, Mirabeau i madame Gouze. Kiedy wrócili ze zwycięskiej bitwy, jedni byli ranni, innych nie było. Ci najmniej pokiereszowani prowadzili ledwo żywych. Wtedy Bellec powiedział mu, gdzie byli, ale bez takich szczegółów. Stacjonowali w Saint-Denis, pomagając czarodziejkom w obronie wzgórza.
— Nie znaleziono jej ciała — powiedziała po chwili ciszy. — Trudnym było doliczyć się żywych, a co dopiero tych, którzy zginęli. Rozerwane przez wybuchy, rozstrzelane, poparzone do tego stopnia, że ledwo dało się je rozpoznać. Doliczono się w końcu dziewięciu poległych czarodziejek i jedną zaginioną — zamilkła.
Jej wyraz twarzy, który odbijał się w oknie, sugerował, że opowiadanie o tym nie jest rzeczą ani łatwą, ani przyjemną. I nie mógł jej się dziwić. Była tam, walczyła, widziała, jak jej przyjaciółki giną. Jak osoby, które uważała za najważniejsze, znikają.
— Nie silono się na segregowanie ciał, na zszywanie czarodziejek. Wrzucono wszystkie do jednego, zbiorowego grobu, potem zakopano. Na tym miejscu stanął kamień. Spisano nazwiska, uczczono je tak jak śmierć żołnierzy. Mimo że nie miały nawet co marzyć o oddzielnych mogiłach, to cała ceremonia pożegnania ich przebiegła w uroczystym tonie. I wydaje mi się, że tego właśnie chciały.
— Czyli walczyła? Do końca?
— Tak, ale wątpię, że walczyła dlatego, że czuła potrzebę ochronienia wzgórza i walki o nie.
Jej głos wyciszył się nagle. Przypominał szept.
— To znaczy?
Odwróciła się, patrząc na niego. Po chwili spuściła wzrok, patrząc na ciemną, lakierowaną podłogę.
— Ona po prostu chciała umrzeć — wyszeptała. — Jej duma nie pozwalała jej na to, by się pochlastać, powiesić, zrobić cokolwiek, by zakończyć swoje życie, a czas bitwy spadł jej wtedy z nieba. — Usiadła w fotelu. — Ale była wierna. Wierna aż do końca.
Domyślił się, że to była kąśliwa aluzja do tego, że ona, w przeciwieństwie do niego, nie była w stanie zdradzić. Znów poczuł te okropne wyrzuty sumienia, które nękały go, od kiedy odeszła. Palące poczucie winy, które rozpieprzało go od środka.
— Czy mogłabyś… zaprowadzić mnie do niej?
Spojrzała na niego, a jej usta ułożyły się w małe „o”.
— Teraz zaczęło cię interesować, co się z nią dzieje? — spytała prześmiewczo z uniesionymi brwiami.
— Szukałem jej przez pół roku — szepnął, spuściwszy wzrok. — Nie wiedziałem, że nie żyje.
Alice spojrzała z ukosa, a potem westchnęła ciężko.
— Spotkamy się za pół godziny na dziedzińcu — oznajmiła, wstając i podchodząc do drzwi. — Nie spóźnij się.
III
Opuszczone gmachy gotyckiej budowli górowały nad szczytem Montmartre. Strzeliste wieże pięły się ku górze, a witrażowe okna i łuki zdobiły porośnięty bluszczem budynek.
Z niedaleka było słychać głosy i czuć zapach palonego drewna oraz kwiatów. Opuścili dziedziniec z wyschniętą, popękaną fontanną i ruszyli w miejsce klęski dziesięciu czarodziejek. Ich oczom ukazały się liczne ogniska i równie liczne grupy osób, które paliły między innymi lilie, irysy oraz czerwone róże. Symbole Philippy Odette, Ines Sorein oraz Aleksandry Larch, które miały na celu oddać im cześć i uczcić ich heroizm. Na miejscu Wielkiej Bitwy widniał głaz, a na nim imiona i nazwiska poległych czarodziej. W tym jej; rudowłosej lisicy, która poległa w boju, będąc po stronie Królestw Wschodu. Innych nazwisk, oprócz Ines, Lilii oraz Alex, nie znał. Może było to spowodowane tym, że odwiedzał Alex, gdy była w siedzibie, bardzo rzadko, a Philippa i Ines oraz niepoległa Alice były jej najlepszymi przyjaciółkami; widywał je często w Café-Théâtre i nierzadko zamieniał z nimi parę zdań z czystej grzeczności i chęci, by kontakty jego i przyjaciółek dziewczyny, z którą był związany, były jak najlepsze. I zepsuł wszystko przez romans. Nawet nie chciał wiedzieć, jaką nienawiścią pała do niego Alice, skoro jej przyjaciółka, którą traktowała jak swoją młodszą siostrę, została przez niego zdradzona.
Przypomniał ją sobie. Ją całą. Jej wesoły śmiech, pyzate policzki okraszone piegami. Jej nieustanny uśmiech, który jak amulet oczarowywał oczy wszystkich tych, którzy go zobaczyli. Widział kasztanowe włosy połyskujące w słońcu jak złoto. Niesforne, gorące usta, które posyłały mu zalotne uśmieszki. Zapach piwonii i frezji. Jadeitowe, wesołe oczy, które swoim urokiem przekonywały go do najróżniejszych rzeczy. Jej średniej wielkości biust, krzywiznę jej wąskiej talii. Ręce, które koiły wszelki ból, które były tak delikatne, że zasypiał, gdy bawiła się jego włosami. Ciepło jej drobnego ciała. To, jak pasowała do niego, gdy obejmował ją ramionami. Wyraz jej twarzy, gdy przyłapała go na zdradzie z jej własną przyjaciółką.
Zamknął oczy, spalił wszystkie myśli. Nie ma jej, nie ma ich. Była Élise, był on i templariuszka. Nie było dziewczyny, która była wierna do końca jej życia, która czuła obowiązek wierności nawet w momencie, gdy się rozstali. Nie było dziewczyny, którą trzymał w swoich ramionach, gdy spał. Nie było dziewczyny, o której śnił. Nie było dziewczyny, którą wszyscy kochali za jej charyzmę. Nie było dziewczyny, która samą swoją obecnością przeganiała burzowe chmury i wszystkich rozweselała. Nie było dziewczyny, która oddałaby życie za swoich bliskich. Nie było dziewczyny, którą zawiódł, która tylko magię miała wierną, bo jego uczucia były transem; bo zdradziła ją przyjaciółka, której bezgranicznie ufała.
— Przed bitwą — Alice przerwała ciszę, która panowała między nimi — wyznała mi, że kochała cię tak bardzo, że byłaby w stanie ci wybaczyć.
Arno spojrzał na nią, przez chwilę nie wierząc w to, co powiedziała. Jej miłość była na tyle silna, by pogodzić się z tym? Niemożliwe. Gdy kogoś kochała, to całym sercem. Podobnie było z nienawiścią, którą okazała mu wieczorem, wyzywając go podczas kłótni i wytykając mu jego błędy.
— Wystarczyło, żebyś przyznał się od razu, zamiast wymyślać głupie wymówki, które nie miały sensu. Była w stanie przełknąć dumę i wpaść ci w ramiona, gdybyś jej wszystko opowiedział tak, jak było, zamiast wymyślać historyjki. Gdybyś ją po prostu przytulił i zapewnił, że już nigdy do czegoś takiego nie dojdzie — mówiła, patrząc na niego.
Czuł, jak jego serce jest rozrywane na kawałki. Czemu pojął to dopiero teraz? Teraz gdy jest już stanowczo za późno na to, by wszystko naprawić.
— Może i była młoda, ale nie głupia. Dla niej wystarczyłoby zwykłe „przepraszam”, by z powrotem uwierzyć, że wciąż ją kochasz.
Poczuł dziwne uczucie w klatce piersiowej. Potem po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Jak mógł w ogóle pozwolić na to, by ta kobieta wyślizgnęła mu się z rąk? „Pokochałem czarownicę”, pomyślał. „Moje życie jest ironią”. A ona pokochała jego, zdradziecką świnię, która nie była w stanie przyznać się do błędu, powiedzieć nawet cichego „Przepraszam, zawiniłem. Popełniłem ogromny błąd”. Nie był w stanie przyznać się przed sobą, że tęsknił za nią przez cały ten czas jej nieobecności. Zadowalał się Élise, dając jej złudną nadzieję, że ją kocha, gdy jego serce od początku należało do czarującej Polki.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń