I
Jego wzrok błądził w poszukiwaniu burzy czarnych loków i czarno-białej, welurowej sukni. Zjawił się, tak jak prosiła. A może raczej rozkazała. Rzuciła w jego stronę słowami „Widzimy się pod gmachem dawnej siedziby” wskazała dzień, godzinę i nawet nie pozwoliła mu nic powiedzieć, gdy zniknęła w zielonych płomieniach portalu. Miał inne plany; niekoniecznie związane z bractwem, czy opłakiwaniem czarodziejki. Bardziej związane z Élise. Wcale niezwiązane z tym, by zakończyć ich wciąż trwający romans. Wręcz przeciwnie.
Nienawidził siebie z całego serca. Obiecał sobie, że z nią skończy, skupi się na czarodziejce. Ale coś mówiło mu, by zapełnić rosnącą pustkę templariuszką. Bractwo było temu przeciwne od samego początku, wieczne sprzeczki z Jeanem, Mirabeau, madame Gouze oraz te najgorsze, które prowadził z Bellecem, który uświadamiał mu z każdym wywrzeszczanym w pośpiechu i gniewie słowem, że jest skończonym kurwiarzem i kłamcą, pokazywały mu, jak podłym jest człowiekiem. Wykorzystał je obie, w tym Alex przez rok i kilka miesięcy bez nawet cienia skruchy, czy wyrzutów sumienia. Obie całował z tą samą miłością, obie obejmował, by dać im poczucie bezpieczeństwa. Ale z tylko jedną kochał się, kiedy ta druga nie patrzyła. Ta druga, która chciała z tym poczekać, by być pewną miłości zarówno swojej, jak i jego. By potem nie musiała niczego żałować.
Jego myśli całkowicie go zamroczyły. Nic nie słyszał, a widział tylko czubki swoich własnych butów, w które gapił się bezmyślnie i nie zwracał uwagi na nic innego. Dopóki nie usłyszał wściekłego głosu czarodziejki, która krzyczała jego nazwisko. Stała przed nim. Jej dłonie w czarnych, welurowych rękawiczkach obszytych czarnym futrem spoczywały na biodrach, a zielone oczy zdawały się płonąć, gdy niecierpliwie czekała, aż łaskawie mężczyzna wybudzi się z głębokiego zamyślenia. Kazała mu iść za sobą, mówiąc, że nie ma ochoty patrzeć na jego zmęczoną piciem, które trwało już kilka dni, twarz. Więc szedł, nie odzywając się ani słowem. A jej to było na rękę. Nie miała ochoty z nim rozmawiać, a tym bardziej go słuchać. Nie po to tam była. Miała go tylko doprowadzić do kryjówki, którą znalazła dopiero krótko po śmierci Alex.
Tren ciągnął się za nią, wyznaczając odległość, na jaką może zbliżyć się asasyn. Nie chciała mieć z nim po tym wszystkim do czynienia. Pomagała mu tylko i wyłącznie ze względu na Alex, by wiedział, co czuła przed bitwą. A to miejsce było jednym z niewielu, w którym wyzwalała z siebie prawdziwe uczucia, które kryły się pod barierą całkowitej obojętności, którą stworzyła, by ukryć fakt, że poczuła się zraniona.
— Daleko jeszcze? — mruknął, kiedy szli bez celu od wielu minut. Zbyt wielu.
— Tak — warknęła.
Po tonie jej głosu stwierdził, że ostatnią rzeczą, jakiej chce, jest słuchanie go, więc zamknął się, spuszczając wzrok na swoje buty. Nie wiedział, dokąd idą. Szli coraz dłużej, a jego myśli zaczęły wracać w obręby rudowłosej czarodziejki. Nie mógł wybić z głowy tego, że gdyby jej nie zdradził, to ona wciąż by żyła. Wciąż rozświetlałaby jego życie. Czuł się martwy i nie wiedział, czy jest to spowodowane samopoczuciem po ilości wypitego w ciągu ostatnich dni alkoholu, czy tego, że był odpowiedzialny za to, że ją stracił. „Oba”, pomyślał. Alkohol i szybkie numerki z Élise pozwalały na chwilowe zapomnienie. Ale ona wracała. W myślach, w wyrzutach sumienia, w snach. Tak wyraźna, że mógłby ją dotknąć, że miał wrażenie, że mimo bardzo późnej jesieni, był w stanie poczuć ten zapach słodkich piwonii i miodowy aromat frezji, które sprawiały wrażenie, że jest w jego ramionach, tak blisko, że nie mógł go pomylić z żadnym innym. Ale to za każdym razem pozostawało tylko złudzeniem; słodkim marzeniem, które jeszcze ani razu się nie spełniło.
— Uważaj na głowę — powiedziała nagle.
— Co? — spytał, unosząc ją nieco.
Poczuł, jak uderza w coś twardego. Zrobiło mu się czarno przed oczami, zaczął odczuwać ból. Syknął, kładąc dłoń na czubku głowy i próbując rozmasować nieprzyjemne wrażenie. Weszli do czegoś w rodzaju krypty lub innej jaskini, przez której środek przepływał drobniusieńki strumyk. Rozejrzał się w ciemności, krzywiąc z powodu pulsującego uczucia.
— Mówiłam, żebyś uważał.
Przedrzeźniał ją cicho, a po krótkiej chwili pozwolił jej się prowadzić dalej. Im bardziej szli w głąb, tym sklepienie było coraz wyższe i mogli się wreszcie wyprostować. Ciemny korytarz zaczęły rozświetlać jadeitowe narośle. Gdy zaczęli się zbliżać, były one większe i znacznie liczniejsze. Dotarli do celu, który zaparł dech w piersiach Arna. Po skałach spływał powolny, spokojny wodospad, otoczony dookoła paprotkami, drobnymi drzewkami i krzewami. Woda była przejrzysta jak łza zabarwiona błękitem.
Spojrzał w przejrzyste oczko wodne. Kucnął, marszcząc brwi. Coś błysnęło na dnie. Zdjął jedną ze skórzanych rękawic, podwinął rękaw szaty mistrza asasynów, po czym wsunął dłoń do ciepłej wody i wyciągnął z niej fragment jadeitu, który swoim kształtem przypominał serce. Wstrzymał oddech.
— Symbolicznie — prychnęła Alice zza jego pleców.
— Jestem w szoku, że powstało coś tak niezwykłego w środku brudnej, zubożałej, rewolucyjnej Francji. — Odetchnął.
— Jeżeli masz magię, złamane serce i odrobinę poczucia estetyki, to wszystko jest możliwe. Nie bez powodu najwybitniejsi pisarze i poeci publikowali swoje największe dzieła po tym, jak zostali odrzuceni przez swoje wielkie miłości.
Spojrzał na kobietę, stojącą obok niego, wpatrującą się w krzyżujące się stróżki wody, która spływała w szczelinach.
— Wypłakiwała i wykrzyczała tu tyle, że ludzie, którzy mieszkają w okolicy, myśleli, że podziemia nawiedza zbłąkana dusza, a wodospad powstał z jej łez — szepnęła i zwróciła swój wzrok na niego. — Wiele się nie pomylili.
Zapadła cisza. Słychać było jedynie plusk i szum wody. A potem płaczliwy oddech, który zaczerpnęła Alice.
— Tego dnia straciłam tę Alex, którą poznałam, gdy miała piętnaście lat. Przez pół roku, który miałyśmy przed bitwą, uśmiechnęła się raz, od święta. Stała się poważna, niedostępna. A przecież sam wiesz, jaki miała do tego stosunek.
Kiwnął głową.
— Zamknęła się w sobie, nie można było się do niej odezwać. A jak już się udało, to trzeba było się liczyć z tym, że można było być zwyzywanym lub spławionym po dosłownie kilku chwilach. Nie było nawet mowy o zażartowaniu, chyba że chciało się zostać spalonym żywcem. Przez gniew i smutek jej serce po części stwardniało w kamień. Ta mała część, którą cię kochała, pozostała nienaruszona. Ale bolała jak piekło.
Widział. Skoro po części legenda, która narodziła się niedawno, była prawdą, to była nią metaforyczna zbłąkana dusza albo to, że to z jej łez powstał ten wodospad. Ile więc musiała wypłakać, by to się stało? Jak musiała przez niego cierpieć? Kobieta, która dała mu do zrozumienia wiele ważnych kwestii, cierpiała z jego winy. „Nieudacznik i na dodatek skończony kretyn”.
— Powiedz mi jeszcze, że to zatopione serce to znak, że wyzbyła się miłości, a dobijesz mnie całkowicie — odezwał się do niej pół żartem, pół serio.
— Więc tego nie powiem.
Zimna, niedostępna, zgorzkniała. Czy taka właśnie się wtedy stała? Czy tak chciała zginąć? Bez wyrzutów sumienia, że zostawia tych, których kochała? Chciała wszystkich od siebie odsunąć, by nikt za nią nie tęsknił, kiedy zginie? Może nie pomyślała, że będzie chciał ją odnaleźć. Została uznana za zaginioną. Prędzej czy później każdy z jej bliskich szukałby jej. Alice próbowała, nie udało jej się. Więc może jemu się uda? Przecież to nie jest wykluczone. Ona może gdzieś tam być, czekać na nich. Nie musi być przecież martwa. Może żyć gdzieś na obrzeżach Francji. Do Polski było bardzo wykluczone, że wróciła, w końcu rozbiory, polowania na czarodziejki. Nie miałaby tam życia. Pozostała Anglia. Jej rodzina wróciła do Londynu, więc może, wcale nie jest to takie głupie. Wierzył. Wierzył, że jeszcze ją spotka, będzie mógł jej wszystko wytłumaczyć.
II
Prawie krzyknął ze szczęścia, kiedy wchodząc do środka, usłyszał piosenkę, której nie słyszał od roku. Jego nogi same z siebie poniosły go do przodu. Teraz zamiast Alice, prowadziła go ścieżka z małego strumyku i jej głosu. Wiedział, że drogi nie zgubi. Nie z nią.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio rozsadzała go taka euforia. Jego nadzieja, że ona gdzieś tam jest, go nie zawiodła. Była teraz w Saint-Denis. Na wyciągnięcie jego ręki. Kiedy ją zobaczył, kroczącą wzdłuż oczka, bał się. Bał się, że znowu zniknie. Chciał, by na maleńką chwilę cały świat przestał istnieć. By byli tylko oni. On i ona. Żeby nie było Élise, całej tej niepotrzebnej zdrady, bitwy, wszystkiego, co ich otaczało. Żeby mogli zostać sami na świecie, bez obawy, że coś lub ktoś ich sobie odbierze.
— Piękna piosenka — odezwał się, opierając o sklepienie. — Dawno jej nie słyszałem.
Nie odwróciła się. Stanęła, patrząc na wodę. Jedna z tych czerwono-czarnych sukien od Charlotte Gouze, w których wyglądała zabójczo pięknie, zaplątała jej się między nogami, a czerwone włosy zebrane w dwa koki, jeden po lewej stronie, a drugi z nich po prawej stronie jej głowy, rozpadały się powoli.
— Czarodziejki już o niej zapomniały — odparła, patrząc w swoje odbicie w wodzie.
— Mają… inne rzeczy na głowie.
— Na przykład mnie? — spytała, odwracając się w jego stronę i rozplątując koki.
Kaskady rudych włosów rozlały się po jej ramionach, odbierając mu przez chwilę możliwość swobodnego oddychania i mowy. Jaka ona była piękna. Skąpana w blasku jadeitu, uśmiechała się niewinnie, a tę niewinność podkreślały jeszcze jej niepewne oczy. Tak piękne, jak zapamiętał. Tak czarujące, patrzące na niego z miłością, którą była w stanie okazać mu tylko ona.
— Dawno się nie wiedzieliśmy — odparł, podchodząc do niej. Spojrzał na nią. Taka mała, taka niewinna. Tak kochana. — Tęskniłem za tobą, wiesz?
— Ja za tobą też.
Wpatrywali się w siebie przez chwilę. Nagle on założył jej włosy za ucho, wciąż patrząc jej w oczy. Jedyne oczy, które był w stanie kochać tak bardzo. Potem jego wzrok zsunął się na usta. Ciemnoróżowe, dość wąskie, ale nie na tyle, by nie wydawały mu się równie urocze, co jej pyzate policzki, czy uśmiechy, które mu posyłała. Zbliżył się do niej. Powoli. Jakby obawiał się, że właśnie w tym momencie zniknie. Kiedy tylko będzie chciał ją pocałować, ona wyparuje. Aż poczuł jej gorące wargi, które dotykały jego ust. Jego powieki opadły, wydał z siebie cichy jęk. Jej miękkie usta przeciw niemu. Nie mógł im się nie oprzeć. Każda próba kończyła się klęską z jego strony i jej niejednokrotną wygraną. Tak było i teraz, gdy cały świat przestał istnieć. Liczyli się oni. Tak jak pragnął. Poczuł jej miękką skórę dłoni na swojej twarzy, gdy stanęła na palcach, by pogłębić ich pocałunek. Jej kciuk prześledził jego bliznę. Zdjął jej ręce ze swojej twarzy i opuścił, splatając razem ich palce. Znów byli razem.
Odsunęła się od niego nieznacznie, a wtedy on otworzył oczy. Ciemności jego pokoju rozświetlała nieudolnie świeca, stojąca na szafce nocnej. Podniósł się i zgasiwszy ją, podszedł do drzwi balkonowych. Wyjrzał na śpiące uliczki, wzdychając ze smutkiem. Mógł się nie budzić. Taka rzeczywistość była dla niego stokroć lepsza niż ta, w której jej nie było. Czemu najważniejsze sprawy rozumiał zawsze tak późno? Przez to nie mógł z nią teraz być. O tej porze, gdy się przebudzał, odkręcał się, by na nią spojrzeć. Śpiącą w spokoju, z drobnym uśmiechem na ustach. Wtedy otaczał ją swoimi ramionami, całował skroń, głowę kładł na czubku jej głowy. I znów zasypiał, szczęśliwy, że obudzi się, trzymając ją w ramionach, że rano będzie mógł zobaczyć jej uśmiech pełen miłości. Usłyszeć jej zaspany głos, gdy budził ją, by pomogła mu w kawiarni, który prosił o jeszcze pięć minut, które potem okazywały się kilkoma godzinami i sfrustrowaną Charlotte, która była zmuszona przyjąć dostawy sama. A teraz budził się, a część łóżka po jego prawej stronie była zimna, pusta. Nie mógł nawet marzyć, że ją tam znajdzie, że ją przytuli, pocałuje. Ale czuł coś. Coś, co sprawiało, że czuł się, jakby latał. Jakby rosnącą w zastraszającym tempie nadzieję.
— Odnajdę cię — szepnął. — Wiem, że tam jesteś.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń